
![]()
|
Abp Józef Życiński na temat lustracji Różne odcienie zdrady
Powołanie Komisji Prawdy i Pojednania, przed którą byli współpracownicy komunistycznych służb specjalnych mieliby wyznać fakt i okoliczności swojej współpracy – proponuje abp Józef Życiński zabierając głos w dyskusji nad moralnym aspektem lustracji.
W obszernym artykule zatytułowanym „Między heroizmem a zdradą” („Rzeczpospolita”, 8-9 stycznia 2005 r.) opowiada się za lustracją, proponuje jednak wprowadzenie „subtelnych dystynkcji”, które miałyby ukazać różne stopnie moralnej odpowiedzialności. Jego zdaniem obecnie „główną grupę wolną od oskarżeń o tajną współpracę stanowią ci, którzy prowadzili jawną współpracę”. Abp Życiński podaje przykłady dwóch rzeczników rządu.
Patologię tę widać choćby przy ocenie dwojga kolejnych rzeczników prasowych rządu. Znany z cynizmu rzecznik władz PRL występuje dziś w roli moralisty, mimo iż jego imię stało się symbolem najbardziej żenujących działań władzy walczącej z ideałami narodowymi: jako symboliczny przykład wystarczy wspomnieć choćby tylko znany artykuł o garsonierze obywatela Popiełuszki. O jego następczyni usiłuje się natomiast mówić w kategoriach zdrady ideałów "Solidarności", gdyż w krytycznym momencie samotnych zmagań z życiem nie potrafiła zademonstrować heroicznej odwagi niezłomnych. Nie wolno w ten sposób ujmować dramatów historii. Trzeba zachować podstawowe proporcje w stopniowaniu zła moralnego; trzeba uwzględniać różne odcienie heroizmu i słabości, rozpaczy i zdrady. W żadnym wypadku klasyfikacji moralnych nie mogą nam narzucać pracownicy SB.
Autor sprzeciwia się temu, aby sam fakt umieszczenia kogoś na liście tajnych współpracowników mógł upoważniać do stawiania zarzutów o zdradę. Pisze on:
Sam fakt umieszczenia czyjegoś nazwiska na liście TW oznacza jedynie, że czyjeś nazwisko resort umieścił na tejże liście. Nie upoważnia to jednak do automatycznych oskarżeń o zdradę, gdyż w poczuciu odpowiedzialności za słowo trzeba ją dopiero udowodnić na podstawie danych mocniejszych niż zapiski oficera prowadzącego. Jeśli nie będziemy respektować tej zasady, stworzymy klimat, w którym wszyscy są skłonni podejrzewać wszystkich o najgorsze, natomiast dawni pracownicy MSW pełnią rolę przewodniej siły w moralności.
Trzeba jednak zwrócić uwagę, że praktycznie nie mamy innych dowodów niż archiwalia MSW. Postawienie więc warunku, aby oceniać fakt współpracy na podstawie innych źródeł w praktyce oznacza, iż o nikim nie możemy orzec, że był TW. Zachodzi tu jednak nieporozumienie. Korzystanie z akt MSW nie oznacza, że przyjmuje się istniejące tam kryteria za własne i podziela się punkt widzenia esbeków. Są to po prostu ŹRÓDŁA, które należy ocenić. Innych nie mamy. Jeśli ktoś bada archiwa hitlerowskie, to przecież nie znaczy, że sam musi przejąć nazistowski punkt widzenia.
Autor poddaje również krytyce wiarygodność notatek sporządzanych przez oficerów SB. Podane przykłady (pomylenie nazwiska, nazwy pisma, złe wiadomości biograficzne, itp.) nie świadczą jednak o tym, że akta te były świadomie fałszowane, pokazują natomiast, co najwyżej, brak wiedzy czy niechlujność w ich sporządzaniu. Są to więc BŁĘDY. Można nawet rzec paradoksalnie, że potwierdzają one wiarygodność samych relacji esbeków. Trudno sobie bowiem wyobrazić, aby ktoś z nich świadomie kłamał w kwestiach małoznaczących, po to, aby uprawdopodobnić fikcyjne zarzuty dużej wagi. (Dodajmy - w przewidywaniu, że materiałami tymi będą zajmowali się za kilkadziesiąt lat historycy, którzy będą badali ich wiarygodność). Czyż nie prostsze jest wyjaśnienie, że w archiwach pisano prawdę - nie z miłości dla niej, ale z obawy przed przełożonym, który okłamywany być nie lubił.
Abp Życiński szczególną uwagę poświęca osobom, wobec których zastosowano „nieklasyczne formy werbunku”. Chodzi tu np. o środowiska intelektualistów. Abp Życiński pisze:
Pragnienie pozyskania intelektualistów i wejścia w środowiska akademickie prowadziło wówczas do poszukiwania środków odległych od standardowych działań. Znając troskę resortu o wysokie wskaźniki sprawozdawczości, obawiam się, iż nazwiska osób, wobec których na pewnym etapie zastosowano nieklasyczne metody, choćby z odrobiną powodzenia, mogły również zostać włączone na listę TW. Istnieją podstawy, by sądzić, że zwłaszcza w kręgu intelektualistów, których ongiś kokietowano "nieklasyczną" formą życzliwości, znajduje się szczególnie dużo osób, które borykają się z wyrzutami sumienia, a równocześnie krępują się mówić o swej przeszłości, aby opinia publiczna nie zaliczyła ich do kręgu TW.
Nie jest jasne, co Ksiądz Arcybiskup ma tu na myśli. W każdym razie stwierdzenie, że chodzi tu tylko o postawy dwuznaczne wydaje się dalece niewystarczające. Autor stawia również tezę, że łamanie charakterów stanowiło metodę sprawowania władzy. „Z tego, że ktoś nie okazał się niezłomnym, nie wynika jednak, że należy uważać go za zdrajcę” - pisze abp Życiński. Proponuje on stworzenie Komisji Prawdy i Pojednania, na wzór tej, której pracami kierował w RPA biskup Desmond Tutu.
Przed Komisją stawali ci, którzy sami chcieli uwolnić sumienia od poczucia winy za popełnione wcześniej zło. Jej funkcjonowanie stwarza szansę pogłębionej refleksji nad mechanizmami zła włączonego ongiś w struktury systemu. Może ono równocześnie przyczynić się do poznania pełniejszej prawdy o zakłamaniu struktur tzw. demokracji ludowej. Optymalną formę funkcjonowania Komisji można wypracować w wyniku szerszych konsultacji społecznych. Jakiekolwiek byłyby jej niedoskonałości, pozostanie ona znacznie bardziej humanitarną postacią obrachunków z przeszłością niż zapowiadane przez radykałów umieszczanie na portalach internetowych kolejnych nazwisk TW. Bolesne karty polskich dziejów ujmowane będą w perspektywie dramatu i winy, przebaczenia i pojednania; nie zaś w kategoriach skandalu czy zemsty.
Witold Starnawski
|