
![]()
Wybory w Iraku zaskoczyły największych optymistów
Kolejny sukces Busha
Kilka dni poczekamy na ostateczne ustalenie frekwencji i wyników irackich wyborów. Już teraz wiadomo jednak, że frekwencja dopisała. Irakijczycy nie dali się zastraszyć, a pilotujący proces polityczny w ich kraju Amerykanie odnotowali pierwszy od wielu miesięcy spektakularny sukces.
Wstępnie szacuje się, że w wyborach uczestniczyło między 60 a 70 procent uprawnionych do głosowania (czyli osób, które zostały wpisane lub same się wpisały do spisów wyborców). Były to pierwsze wolne i demokratyczne wybory od 50 lat, choć odbywały się de facto w warunkach wojny domowej.
W okręgach, gdzie dominowała ludność szyicka oraz Kurdowie, głosowali niemal wszyscy uprawnieni. Mimo gróźb terrorystów i (na szczęście) nielicznych zamachów ludzie czekali w długich kolejkach na oddanie głosu. Jedynie w tzw. trójkącie sunnickim oraz Samarze wybory odwołano ze względów bezpieczeństwa. Zresztą mieszkający tam sunnici i tak zbojkotowali niedzielne głosowanie - wzięło w nich udział około 20 procent uprawnionych do tego sunnitów.
Sunnickie klany rodzinne tworzyły trzon saddamowskiej partii BAAS, która przez dziesięciolecia dzierżyła dyktatorską władzę nad Irakiem. Teraz ludzie ci nie chcą pogodzić się z koniecznością oddania władzy w ręce szyitów którzy stanowią 3/4 ludności Iraku.
Przebieg wyborów potwierdza przypuszczenia, że to byli członkowie BAAS i saddamowskiej policji politycznej stanowią trzon antyamerykańskiej rebelii. W zasadzie jest to już nie rebelia antyamerykańska lecz antyiracka. Celem bandytów (tym mianem coraz częściej określają ich sami Irakijczycy, gdy w polskich mediach popularnymi stają się łagodne określenia typu „powstańcy”, czy „rebelianci”) jest destabilizacja państwa, dająca im choćby cień szansy na powrót do dyktatorskiej władzy.
Po wyborach nastąpi prawdopodobna „irakizacja” wojny domowej toczącej się w miastach środkowego Iraku. Może ona pomóc w opanowaniu konfliktu, ale też może doprowadzić do rozpadu państwa.
Dzisiaj w zasadzie największymi przeciwnikami takiego scenariusza są Amerykanie: autonomia Kurdów skonfliktowałaby Waszyngton z Turcją, zaś religijne państwo szyickie mogłoby zjednoczyć się z Iranem tworząc niebezpiecznego dla interesów amerykańskich prorosyjskiego hegemona na Bliskim Wschodzie. Do pewnego stopnia podziałowi przeciwstawiają się też szyici, mający szansę przejąć kontrolę nad całym Irakiem.
Mamy zatem do czynienia z dosyć zawiłym sukcesem, szyicko-proirańskim z jednej strony oraz amerykańskim z drugiej. Nowe władze wyłonione w tych wyborach będą musiały wykazać się większym zdecydowaniem wobec terrorystów, co musi zaowocować jakimś przesileniem (czytaj: opanowaniem sytuacji lub rozpadem Iraku).
W tym kontekście interesującymi stają się informacje o opracowywanym w Pentagonie planie uderzenia na Iran. Być może jest to tylko sygnał ostrzegawczy dla Teheranu, by nie próbował wyborów w Iraku wykorzystać dla własnych celów. Tak czy inaczej, niedzielne głosowanie jest znaczącym przełomem i pokazuje, że:
l większość Irakijczyków sprzeciwia się terrorystycznej rebelii i jest gotowa jej się przeciwstawić nawet narażając własne życie,
l Amerykanie potrafią skutecznie doprowadzić do pozytywnego finału najbardziej nawet ryzykowne przedsięwzięcie polityczne.
a. r.