Odzyskiwanie pamięci


Gdy we wrześniu 2001 roku, podczas wyborów do Sejmu Rzeczypospolitej, 41,04% głosujących oddało swe głosy na listę Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Unii Pracy, większość obserwatorów polskiej sceny politycznej nie miała wątpliwości, że zwycięska koalicja zawdzięczała taki wynik przede wszystkim nieudolnym rządom prawicy. Sprawą, która mogła zaniepokoić komentatorów związanych z prawą stroną owej sceny, był nie tyle sam fakt, że tak duże poparcie zyskali politycy wywodzący się w większości z dawnego obozu komunistycznego, ile dające się zaobserwować objawy społecznej amnezji.


W krótkim (choć dla wielu Polaków dokuczliwym) okresie transformacji ustrojowej niektórzy wyborcy najwidoczniej doszli do wniosku, że czterdzieści pięć lat komunistycznego terroru było czymś mniej dokuczliwym.


Pogrobowcy


Po upływie kolejnych kilku lat, tym razem pod rządami postkomunistycznej lewicy, ci sami wyborcy zdają się jednak stopniowo odzyskiwać pamięć. Po niepowodzeniach rządu Leszka Millera i serii korupcyjnych afer z udziałem prominentnych przedstawicieli SLD, wskaźnik społecznego poparcia dla tego ugrupowania spadł z czterdziestu kilku do kilkunastu procent, a ilość członków zmniejszyła się prawie o połowę. Według oficjalnych danych z początku stycznia 2004 roku liczba 150 tysięcy posiadaczy legitymacji partyjnych SLD skurczyła się do 78 tysięcy. Późną wiosną zaplecze polityczne partii uszczuplało do tego stopnia, że część jego przywódców doszła do wniosku, iż bezpieczniej będzie powołać do życia nowe ugrupowanie. Po rządzie Millera pozostało tylko kilku ministrów i przykre wspomnienie. Cały 2004 rok był w zasadzie serią wydarzeń kompromitujących polityków SLD i stopniowym odsłanianiem systemu gospodarczo-kryminalnych powiązań, który stworzyli. Spektakularną pointę tego widowiska stanowił wyrok sądu orzekający, iż Józef Oleksy, nowo wybrany w grudniu 2004 roku przewodniczący partii i zarazem marszałek Sejmu, jest kłamcą lustracyjnym.

Jedną z przyczyn gwałtownego spadku popularności lewicy i jej stopniowego rozkładu stały się z całą pewnością wspomniane afery korupcyjne. W styczniu 2004 roku, Sekretarz Generalny SLD, Marek Dyduch, zapytany w radiowych Sygnałach Dnia, dlaczego tylu członków odeszło z partii, powiedział, iż wśród tych, co opuścili jej szeregi, znajduje się grupa osób, która „mówi, że nieco się rozczarowała rządami lewicy i dzisiaj nie wytrzymuje presji medialnej, oceny tego, co robi lewica”. Osoby te deklarowały podobno, iż „będą ludźmi lewicy, ale nie chcą być w sojuszu” (08.01.2004). Co mniej skompromitowani i bardziej krytyczni wobec PZPR-owskich tradycji przedstawiciele lewicy zaczynają chyba jednak rozumieć, że spadku popularności ich formacji nie da się do końca wyjaśnić presją medialną i oceną dzisiejszej polityki SLD… że w oczach pokolenia, które dobrze pamięta historię sprzed roku 1989, partia ta (niezależnie od bezpośrednich przyczyn wewnętrznych konfliktów) jest z góry skazana na brak zaufania z uwagi na swój stosunek do przeszłości. Dzisiejsi przywódcy rozłamowej SdPl z dużym sceptycyzmem wypowiadają się na temat perspektyw porozumienia lewicy przed zbliżającymi się wyborami do Sejmu właśnie z powodu roli odgrywanej w SLD przez skompromitowanych przedstawicieli dawnego aparatu komunistycznego. W tym właśnie sensie można mówić o odradzaniu się pamięci niektórych środowisk lewicy.

Pamięć wydają się stopniowo odzyskiwać także politycy prawicy, którzy w 1989 roku zasiedli przy Okrągłym Stole, a później za czasów rządów Tadeusza Mazowieckiego optowali za, bądź dawali milczące przyzwolenie na wprowadzenie tzw. grubej kreski. Dziś przywódcy Platformy Obywatelskiej, Donald Tusk i Jan Maria Rokita przyznają, że zgoda na nierozliczanie komunistów z ich działalności z czasów PRL była błędem, a Prawo i Sprawiedliwość zapowiedziało jesienią 2004 roku podjęcie kroków mających doprowadzić do delegalizacji SLD, jako organizacji zdaniem przywódców PiS-u tolerującej działalność przestępczą.

Nie wiadomo dokładnie, jaki procent dzisiejszego stanu liczebnego SLD stanowią dawni członkowie PZPR, nie ulega jednak kwestii, że właśnie spośród tych ostatnich rekrutował się przez lata i rekrutuje się nadal przywódczy trzon sojuszu i że między obiema partiami istnieje po dziś dzień wyraźna więź historyczna. W ankiecie na temat „Czy SLD jest normalną partią polityczną?” opublikowanej kilka lat temu przez miesięcznik „Więź” Maciej Łętowski przypomniał, że „spośród blisko 1600 delegatów na ostatni, XI Zjazd PZPR, tylko setka nie zapisała się do nowej partii (SdRP przekształconej następnie w SLD *uwaga moja, TaW) — na dodatek byli to ludzie reprezentujący najbardziej antykomunistyczny nurt w PZPR. Dziesięć lat później, w chwili tworzenia SLD, wśród jego wojewódzkich liderów tylko jeden nie był PRL-owskim aparatczykiem” („Więź”, 2000 nr 4). Jeśli dodać do tego sprawę moskiewskiej pożyczki, zaciągniętej od sowieckich komunistów przez I Sekretarza PZPR, Mieczysława Rakowskiego i wykorzystanej następnie przy tworzeniu struktur SdRP, nie sposób będzie nie dojść do wniosku, że SLD dziedziczy po PZPR również to wszystko, co wielu Polakom kojarzy się ze sprawowaniem władzy z obcego nadania. Owa ciemna strona dziedzictwa PRL nie dla wszystkich jednak jest czymś oczywistym i niekiedy trzeba o niej przypominać.


Między przystosowaniem a kolaboracją


Historycy amerykańscy i polsko-amerykańscy (casus Marek Chodakiewicz) pisząc o postawach okupowanych społeczeństw wobec władz okupacyjnych używają terminów: kolaboracja (collaboration), akomodacja (accommodation) i opór (resistance), przy czym w odróżnieniu od słowa „kolaboracja” odnoszącego się do aktywnej współpracy z okupantem akomodacja oznacza pasywne przystosowanie się do warunków życia w okupowanym kraju. W odczuciu Polaków, którzy w okresie PRL w jakiś sposób usiłowali stawiać opór niesuwerennej władzy, zapisywanie się najpierw do PPR-u, później do PZPR-u było bezsprzecznie aktem kolaboracji. Rzecz w tym, iż z biegiem czasu w świadomości społecznej tych wszystkich, co sami nie stali się ofiarami komunistycznych represji, granica między przystosowaniem a współpracą z okupantem sowieckim uległa niemal całkowitemu zatarciu. Owe podziały zachowały swoją ostrość w odniesieniu do okupacji niemieckiej. Władze kontrolowane przez Moskwę używały jednak chwytliwych haseł społecznych i mogły liczyć na aktywne poparcie najuboższych i najsłabiej wykształconych warstw oraz na pasywność tych przedstawicieli polskiej inteligencji, którzy doszli do wniosku, że w warunkach pojałtańskiego podziału świata na strefy wpływów nie ma żadnych szans na zmianę status quo. Do PZPR i do sojuszniczych stronnictw zapisało się w różnych okresach czasu wielu cynicznych, pozbawionych moralnych skrupułów karierowiczów. Nie ulega jednak kwestii, że trafiali tam również (niekiedy tylko na krótko) Polacy niezorientowani w rzeczywistych rozmiarach komunistycznych represji, naiwni idealiści, którzy w kontaktach z ludźmi o odmiennych przekonaniach politycznych dawali się poznać od jak najlepszej strony, oraz tacy, co próbowali kierować się w życiu ideą pragmatyzmu. To właśnie wobec nich można by dziś zastosować zasadę domniemanej niewinności, gdyby tylko zaistniała możliwość zweryfikowania faktu, że poza formalnym podpisaniem partyjnego cyrografu nie wyróżnili się niczym nagannym. Niestety, brak łatwego dostępu do archiwów SB tę możliwość jak na razie eliminuje. Przeciwnicy komunizmu, nie mają w tej sytuacji obowiązku udowadniania winy osobom wspierającym ów system przez swą działalność partyjną. To partyjni prominenci powinni udowodnić swoją niewinność, bo przynależność do PZPR pozostaje, tak czy inaczej, winą per se i dziś można mówić co najwyżej o okolicznościach łagodzących.

O roli, jaką w systemie policyjnej informacji i terroru stosowanego wobec środowisk opozycji demokratycznej i niepodległościowej, odgrywali członkowie partii na kierowniczych stanowiskach w administracji państwowej, w szkolnictwie i w zakładach pracy napisano do tej pory niewiele. Nie mówi się o niej ani w związku z lustracją osób pełniących funkcje publiczne ani w dyskusjach dotyczących coraz częstszych przypadków ujawniania nazwisk tajnych współpracowników SB przez osoby poszkodowane, które na mocy ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej mogły obejrzeć dotyczące ich archiwalne dokumenty służb specjalnych. Przyjęta w roku 1997 przez Sejm Rzeczypospolitej „Ustawa o ujawnieniu pracy lub służby w organach bezpieczeństwa państwa lub współpracy z nimi w latach 1944-1990 osób pełniących funkcje publiczne” nie dotyczyła kontrolowania przeszłości dzisiejszych polityków, a jedynie badania zgodności ich oświadczeń z prawdą. Sformułowano ją przy tym w sposób tak eufemistyczny, że kwestia powiązań nomenklatury partyjnej z policyjnym aparatem represji stała się czymś drugoplanowym i mniej istotnym. Art. 4. ustawy mówił między innymi:

Współpracą w rozumieniu ustawy jest świadoma i tajna współpraca z ogniwami operacyjnymi lub śledczymi organów bezpieczeństwa państwa w charakterze tajnego informatora lub pomocnika przy operacyjnym zdobywaniu informacji”.

Ponieważ od początku lat siedemdziesiątych (ściślej - od 15 lutego 1970 roku, to jest od chwili wejścia w życie Zarządzenia nr 006/70 Ministra Spraw Wewnętrznych z dnia 1 lutego tegoż roku) pracowników resortu spraw wewnętrznych obowiązywała instrukcja nie pozwalająca rekrutować członków partii na tajnych współpracowników SB, jeśli zgody na to nie wyraził „I Sekretarz Komitetu Wojewódzkiego partii lub kierownik właściwego wydziału KC PZPR”, rola informatorów określanych w esbeckiej nomenklaturze jako „tw” (tajny współpracownik) musiała przypaść w udziale osobom bezpartyjnym, nierzadko ludziom związanym z opozycją antykomunistyczną, których wciągnięto do współpracy podstępem, bądź zmuszono szantażem. To, co w ustawie lustracyjnej zamknięto w formułce pomocnictwa przy operacyjnym zdobywaniu informacji, w praktyce było jednak czymś równie groźnym lub nawet groźniejszym. Osoby pełniące takie funkcje nazywano kontaktami służbowymi (ks), lub (gdy w informatorem była osoba zakonspirowana a informacja dotyczyła tylko jednej, konkretnej sprawy) kontaktami operacyjnymi (ko). Byli to z reguły członkowie PZPR na stanowiskach dyrektorów zakładów, szkół, placówek kulturalno-oświatowych, rektorów uczelni, redaktorów pism, kierowników wydziałów i szefów kadr. Nie musieli oni podpisywać zobowiązań o współpracy i nie pobierali dodatkowych wynagrodzeń. Mieli obowiązek donosić z przekonania (jeśli nie bezpośrednio, to przez desygnowanych do tego podległych im pracowników) i dławić aspiracje wolnościowe polskiego społeczeństwa właśnie z racji przynależności partyjnej i zajmowanych stanowisk. Wielu (chociaż z dokumentów MSW wynika, że nie było to zalecane) Służba Bezpieczeństwa założyła teczki pracy. Dotyczyło to w szczególności, jak można przypuszczać, osób, które nie posiadały odpowiednich kwalifikacji i z obawy o utratę stanowiska posłusznie wykonywały wszelkie polecenia resortu. Były funkcjonariusz SB z dawnego województwa ostrołęckiego zapytany po latach czy dyrektor „obiektu” mógł mu odmówić udzielania informacji, odpowiedział: „Teoretycznie mógł to zrobić, ale mnie nie zdarzyła się taka sytuacja. Po prostu mówiło się szefowi jakiejś placówki, że jego obiekt jest ‘pod ochroną’, i żeby ona była skuteczna, potrzebne są nam wszelkie informacje” (M. Bondarczuk, Misjonarze i barbarzyńcy [w druku]). Rzecz w tym, iż panujący porządek społeczny uzależniał awans od konieczności podporządkowania się totalitarnej władzy, która nawet w czasach względnej stabilizacji nie stroniła od policyjnego terroru.

System legislacyjny Trzeciej Rzeczypospolitej nie uwzględnił w sposób dostateczny tego aspektu działalności członków partii. Gdyby sprawę obrachunków z przeszłością załatwiono choćby tak jak w Niemczech, gdzie otwarto archiwa Stasi i każdy ma prawo obejrzeć dokumenty go dotyczące oraz prawo do obrony, a firmy, urzędy i organizacje mogą sprawdzić, czy osoba, którą chcą zatrudnić, współpracowała ze służbami specjalnymi… gdyby dziennikarze i przedstawiciele nauk społecznych mieli możliwość zaglądania do teczek osób pełniących ważne funkcje publiczne, w dużej mierze pozwoliłoby to wyeliminować najbardziej zdemoralizowany i korupcjogenny element (bo przecież, żeby osiągnąć w tamtych latach wysokie stanowisko, trzeba było przejść wiele stopni deprawacji). Zminimalizowana zostałaby również groźba szantażowania polityków przez osoby mające dziś lub w przeszłości dostęp do tajnych dokumentów MSW.

Obywatele III Rzeczypospolitej coraz lepiej jednak rozumieją, iż stało się inaczej, gdyż służby komunistyczne wciągnęły w orbitę władzy część elit opozycji solidarnościowej; część w znacznej mierze wyselekcjonowaną w oparciu o materiały obciążające owe elity (o czym świadczy choćby tylko w stosunkowo małej części podważona przez późniejsze procesy lustracyjne lista posłów, senatorów i członków rządu figurujących w rejestrach współpracowników służb specjalnych PRL, którą na wniosek Sejmu ujawnił w 1992 roku ówczesny minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz). Na jakiś czas uzyskano przez to względną stabilność polityczną, ale była to stabilność osiągnięta nie dzięki zasadzie jawności, lecz w dużej mierze na skutek obopólnego szantażu. W związku ze stopniowym udostępnianiem osobom poszkodowanym materiałów przejętych przez IPN, prędzej czy później musiało jednak dojść do ujawnienia przynajmniej niektórych faktów tudzież nazwisk współpracowników Służby Bezpieczeństwa i po zwycięstwie prawicy w zbliżających się wyborach parlamentarnych trudno będzie ów proces zahamować. Dziś tylko 12% Polaków „uważa, iż teczki SB powinny pozostać niedostępne dla nikogo” („Rzeczpospolita” 14.01.05). Można tylko żałować iż, jak dotąd, opinię publiczną elektryzują głównie sensacje typu, kto w szeregach opozycji antykomunistycznej był agentem tajnej policji, natomiast o roli, jaką w systemie terroru komunistycznego odegrali członkowie partyjnej nomenklatury pamiętają na ogół tylko ci bezpartyjni, którzy na własnej skórze odczuli dobrodziejstwa realnego socjalizmu.


Rozliczenia 2005


To, że w roku wyborów istotną rolę może odegrać społeczna pamięć o czasach PRL, nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, skoro w szesnaście lat po załamaniu się komunistycznego porządku, jego główni beneficjanci mogą z powodzeniem realizować własne aspiracje, większość ich ofiar natomiast jest tej szansy nadal pozbawiona. Problem komplikuje się o tyle, że spektrum polityczne AD 2005 nie pokrywa się z podziałem na „my” i „oni” sprzed roku 1989 i w interesie poszczególnych ugrupowań leżą rozwiązania bardziej kompromitujące dzisiejszego przeciwnika niż wroga sprzed lat. Partie prawicowe prześcigają się dziś w pomysłach legislacyjnych, które mogłyby położyć kres niedomówieniom, spekulacjom i, co za tym idzie, atmosferze szantażu, ale ich przeciwnicy mogą zawsze powiedzieć, iż podnoszenie na nowo w roku wyborów kwestii lustracji i dekomunizacji jest motywowane doraźnym zyskiem politycznym. Cały paradoks w tym, iż dokładnie taki sam zarzut można odnieść do odmiennych opinii i powiedzieć, że ktoś jest przeciw lustracji i dekomunizacji, gdyż te stanowiłyby zagrożenie dla jego dzisiejszych interesów.

Sprawa rozliczeń z komunistyczną przeszłością tudzież ujawniania nazwisk osób skompromitowanych współpracą ze służbami specjalnymi ma oczywiście aspekt moralny, którego nie można pominąć milczeniem i choć o „niemoralności” takich rozliczeń mówiły do niedawna najgłośniej osoby ze środowisk biorących udział w podziale władzy w roku 1989, przyszli legislatorzy będą musieli poważnie zastanowić się nad tym, jak wyeliminować ryzyko pomówień w środowiskach, które bynajmniej nie aspirują do sprawowania władzy ani pełnienia ważnych funkcji publicznych. W toczących się w Polsce dyskusjach często przytaczane są przykłady lustracji w sąsiednich krajach, przede wszystkim w Niemczech i w Republice Czech. Opcja rozliczeń przyjęta w Niemczech po upadku NRD ma to do siebie, że przy zachowaniu pełnej jawności i łatwego dostępu do własnych teczek, daje osobom zainteresowanym odpowiedź na pytanie, czy ktoś faktycznie inwigilował je i działał na ich szkodę, instytucjom i organizacjom ułatwia sprawdzenie, czy kandydat, któremu chcą powierzyć jakieś funkcje, kwalifikuje się na to stanowisko, a mediom i w konsekwencji opinii publicznej stwarza możliwość zlustrowania osób pełniących ważne funkcje w państwie. Czeskie rozwiązanie ma opinię bardziej kontrowersyjnego, gdyż w dodatku do udostępnienia osobom zainteresowanym ich własnych teczek i wymogu przedkładania przez pracowników niektórych instytucji życia publicznego zaświadczeń lustracyjnych, łączy się z opublikowaniem w druku i w Internecie listy współpracowników służb specjalnych sporządzonej w oparciu o rejestry StB, a to z kolei związane jest z większym ryzykiem krzywdzących pomyłek i wymaga gruntownej weryfikacji, która w polskich warunkach mogłaby zająć wiele lat. (Na 3200 osób, które zażądały od czeskiego Ministerstva Vnitra usunięcia ich nazwisk z owych list, aż 800 wygrało procesy lustracyjne.)

Zgłaszane ostatnio przez Ligę Polskich Rodzin i Samoobronę projekty zmian w ustawie o IPN wyraźnie nawiązują do czeskich doświadczeń. Najnowsze inicjatywy Platformy Obywatelskiej i pomysły Instytutu Pamięci Narodowej (np. pomysł udostępniania teczek personalnych instytucjom zatrudniającym pracowników [„Rzeczpospolita” 14.01.05]) coraz bardziej przypominają jednak rozwiązania niemieckie. Sondaże opinii publicznej świadczą przy tym, iż ku opcji niemieckiej skłania się w gruncie rzeczy względna większość naszych rodaków. Styczniowy sondaż Pracowni Badań Społecznych przeprowadzony na zlecenie „Rzeczpospolitej” mówi, że 43% badanych jest zdania, iż wszystkim należy umożliwić dostęp do własnych teczek, 36% — że dostęp taki może przysługiwać wyłącznie pokrzywdzonym i tylko 12% uważa, że teczki powinny pozostać utajnione. I, co jeszcze bardziej istotne, według sondażu TNS OBOP 77% Polaków popiera ideę lustracji osób zajmujących ważne stanowiska w państwie.

Gdzieś od połowy grudnia ubiegłego roku w prasie polskiej pojawiają się niemal codziennie jakieś nowe sensacyjne wiadomości na temat tajnych agentów działających w środowiskach opozycji antykomunistycznej, konstytuują się nowe organizacje mające na celu ochronę pamięci narodowej, przedstawiciele Kościoła proponują stworzenie na wzór południowoafrykański komisji prawdy i pojednania, przed którą winni współpracy z SB mogliby wyznać swoje grzechy, a parlamentarzyści z partii optujących za ujawnieniem archiwalnych dokumentów MSW i niektórzy dziennikarze zwracają się do prezesa IPN z prośbą o opublikowanie materiałów zawartych w ich własnych teczkach, nawołując kolegów z innych partii i pism, by uczynili to samo. (Byłoby dobrze, aby na wyzwanie to odpowiedzieli również emigranci działający w mediach i organizacjach polonijnych tudzież wykładowcy uniwersyteccy, którzy kariery naukowe zaczęli robić w PRL. Z góry zgadzam się, by odtajniono mój kwestionariusz ewidencyjny jako pierwszy, o ile oczywiście ktoś go do tej pory nie zniszczył.)

Argumentem przeciw ujawnianiu archiwalnych materiałów SB, przytaczanym zwykle przez środowiska postkomunistyczne, jest ich rzekoma niewiarygodność. Nie jest to przekonujący argument, trudno jednak z nim polemizować nie odwołując się do własnych doświadczeń. Mojego kwestionariusza, niestety, nie widziałem, nie jestem więc na sto procent pewien, czy zachowało się wszystko, co powinno było się w nim znaleźć i, vice versa, czy ze względu na moje późniejsze zaangażowanie w działalność polityczną i wydawniczą na emigracji nie próbowano mi czegoś podrzucić. Miałem wszakże całkiem niedawno możliwość gruntownego przestudiowania kilkunastu dokumentów sprzed stanu wojennego, ściślej — z lat 1977-81, kiedy jeszcze przebywałem na tzw. wolności, ale byłem już obarczony skromnym bagażem „kontestatorskich” doświadczeń z czasu studiów magisterskich i doktoranckich. Znalazły się owe dokumenty w teczce kolegi wydającego wraz ze mną lokalne pisemko Solidarności rozprowadzane w kilku oddziałach północnego Mazowsza. Po prostu w pewnym momencie założono nam wspólnie sprawę operacyjnego rozpracowania i zaczęto gromadzić materiały, które mogłyby obciążyć nas obu. Były wśród nich raporty pisane w oparciu o informacje kilku tajnych współpracowników i kontaktów służbowych oraz analizy sporządzone przez oficerów SB. Jedna z analiz (pióra podporucznika Z. Oleńskiego) datowana była 14 kwietnia 1980. Sama przez się data ta niewiele znaczy, mnie jednak daje sporo do myślenia, gdyż wiem skądinąd, że na przełomie lutego i marca ostrołęcka Służba Bezpieczeństwa interweniowała w Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku uniemożliwiając mi zawarcie umowy na warunkach, jakie mi wstępnie zaproponowano i w rezultacie kontynuowanie pracy (co, jak myślę, chętnie potwierdzą niektórzy świadkowie). We wspomnianym dokumencie znalazły się informacje dotyczące moich źródeł utrzymania, o tym jednak, że prowadziłem zajęcia na uczelni i o interwencji nie wspomniano, choć ostrołęcka SB musiała dobrze znać sytuację, skoro w decyzji o internowaniu napisano wyraźnie „nauczyciel Filii UW w Białymstoku”. Jedna informacja z czasów studenckich (dotycząca mojej rzekomej przynależności do grupy poetyckiej „Stajnia”) była ewidentnie nieprawdziwa. Można by więc na tych podstawach wnioskować, że w autorzy analiz dysponowali niezbyt dokładnymi informacjami i mogło się zdarzyć, że pewne niewygodne dla siebie sprawy przemilczali lub nawet tuszowali, ale to nie oznacza jeszcze preparowania fikcyjnych materiałów. Prawdą (choć niepełną) była bowiem w tej analizie cała reszta: mój udział w wydarzeniach marcowych i złożenie podpisu pod listem protestacyjnym do Sejmu w sprawie poprawki do konstytucji PRL mówiącej o nierozerwalnej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim (o innym moim podpisie pod listem domagającym się uwolnienia aresztowanych wiosną 1977 roku kilku członków i współpracowników KOR-u dokument nie wspominał).

Druga analiza, pochodząca z roku 1981, podpisana przez kapitana magistra Mariana Styczyńskiego i zastępcę komendanta wojewódzkiego MO w Ostrołęce, podpułkownika Bogumiła Owczarka, dotyczyła głównie tego, co robiliśmy z kolegą w czasach Solidarności, w okresie, gdy władze oddziałowe, których byłem członkiem, brały udział w oficjalnych spotkaniach z lokalnymi władzami miasta, w pertraktacjach z udziałem przedstawicieli milicji itp. Nie zawierała jednak opisu faktów, a jedynie wnioski, które formułowano en bloc.

Poza oczywistościami, takimi jak adres zamieszkania czy miejsce pracy żony, raporty oparte na doniesieniach większości tajnych współpracowników, zawierały w zasadzie tylko wyssane z palca rewelacje z gatunku „wymieniony miał studiować a następnie zamieszkiwać razem z Kuroniem i Modzelewskim…” i tytuły pism, w których rzekomo miałem drukować (były to z reguły błędne informacje, ale błędy mogły poniekąd wynikać z faktu, iż w Warszawie mieszkał publicysta noszący dokładnie takie same jak ja imię i nazwisko). Wartość operacyjną posiadały, jak sądzę, jedynie donosy „tw” ukrywającego się pod pseudonimem „Jacek”, te wszakże wyglądały na informacje uzyskane przez SB drogą oficjalną, dotyczyły bowiem takich spraw jak planowana trasa podróży zagranicznej, wpłata pieniędzy na konto bankowe, czy też sprawy załatwiane przez moją matkę w biurze notarialnym. Wygląda na to, że prowadzący Jacka podporucznik Przemysław Sobowicz dzielił się z nim swoją wiedzą (czyżby w grę wchodził podział kasy?).

Informacje rzeczywiście szczegółowe i mogące stanowić podstawę represji przychodziły natomiast w obfitej ilości od pewnej pani — członka PZPR na etacie dyrektora jednej z placówek kulturalnych w Przasnyszu, kontaktu służbowego o inicjałach „ZM” (służbowy nr telefonu — 23-20; dziś powinny go poprzedzać numer kierunkowy 29 i trzy cyfry: 752). W dostarczanych przez nią (zapewne w zgodzie z partyjnym sumieniem) donosach znalazły ujście pasje żarliwego tropiciela nieprawomyślności ale też opisane zostało całe życie kulturalno-towarzyskie i polityczne miasteczka. W informacji operacyjnej z 16 lutego 1978 roku, opracowanej ze słów źródła (KS ZM) przez podporucznika M. Jagielskiego znalazłem np. taką ciekawostkę: „W dniu 5 lutego będąc członkiem Komisji Wyborczej, widziałam że X… wraz z całą rodziną brał udział w głosowaniu. Natomiast jego dobry znajomy T. Witkowski odmówił udziału w głosowaniu. Do domu T. Witkowskiego telefonował dyr. POM-Przasnysz A. Kierski (żona T. Witkowskiego jest pracownikiem POM), zapraszając do udziału w wyborach. Telefon odebrała żona T. Witkowskiego. Była zażenowana nie wiedząc, co ma odpowiedzieć i poprosiła męża. T. Witkowski stanowczym głosem powiedział: ‘moja rodzina nie skorzysta z prawa głosowania i proszę nas nie niepokoić’”. Nic dziwnego, że w dzień później, po zapoznaniu się z tym raportem naczelnik wydz. III KW MO w Ostrołęce podpułkownik (wówczas chyba jeszcze major) Wiktor Gutowski dopisał na nim odręcznie: „Odnośnie T. Witkowskiego proszę wystąpić do Wydziału III KS MO — zgodnie z dzisiejszą rozmową”, co znaczy, iż zwrócono się o coś w mojej sprawie do stołecznej komendy milicji. Jest jeszcze w tym dokumencie bardzo wymowny dopisek porucznika Jagielskiego a w nim m.in. takie zdanie: „W czasie spotkania KS przekazała mi adresy następnych osób, które nadesłały swoje prace do ‘Przasnyskiego Pamiętnika’ oraz przekazała wykaz młodzieży z LO, z którymi X… prowadzi zajęcia w Domu Kultury”.

Prawdopodobnie w dużych ośrodkach miejskich policyjny system informacji funkcjonował trochę inaczej niż w małych prowincjonalnych miastach, gdzie nieprawomyślnych obywateli, którzy „na domiar złego” utrzymywali jakieś kontakty z opozycją demokratyczną i niepodległościową, można było policzyć na palcach jednej ręki. Niemniej, gdy czyta się takie elaboraty, trudno nie pomyśleć o nigdy nie zrealizowanej idei dekomunizacji (dziś wraca do niej PiS). Trudno też nie oprzeć się wrażeniu, iż z pola widzenia polityków kierujących się dziś interesami własnych ugrupowań znika przeciętny człowiek żyjący w tamtych czasach i cała maszyna systemu, w którym wszystko (nawet najmniejsze trybiki) zazębiało się i było tak samo ważne. Błąd popełniają, jak sądzę, zarówno politycy dążący do przejęcia kontroli nad zasobami archiwalnymi MSW, jak i moraliści, którzy mówią o potrzebie „ucywilizowanej lustracji”, ale prawo do decydowania o tym, kto jest pokrzywdzony, chcieliby zachować dla siebie. Gdyby przyjąć ściśle etyczny punkt widzenia, okazałoby się, że nikt — ani urzędnicy, ani politycy, ani biskupi — nie ma moralnego prawa podejmować decyzji za pokrzywdzonych przez system komunistyczny i jego funkcjonariuszy. Bo faktycznie, o tym, czy ujawniać nazwiska donosicieli, może rozstrzygać jedynie sumienie ich ofiar. I jeśli już ktoś mówi o potrzebie pojednania, to powinien pamiętać, że z całą pewnością nie doprowadzi do niego reglamentacja prawdy… że o wiele bardziej skutecznym krokiem prowadzącym do przecięcia owej ropiejącej od lat rany i uzdrowienia społecznego organizmu będzie jak najszybsze udostępnienie każdemu obywatelowi PRL materiałów archiwalnych, które go osobiście dotyczą (bez względu na to, czy przypadła mu w udziale rola ofiary czy kata).

Idea lustracji świata wielkiej polityki jest w pełni słuszna, ale pozostaje sprawą zupełnie innego rzędu. Ujawnianie nazwisk mających coś na sumieniu polityków w sytuacji, gdy osoby te wyraziły skruchę i wycofały się z życia politycznego, mogłoby budzić moralny sprzeciw. Jeżeli jednak nadal sprawują oni władzę i, co więcej, zdobyli ją dzięki współpracy ze służbami specjalnymi, za moralnie naganne trzeba by uznać przemilczanie tego faktu. Bo w końcu naród „mściwy […] nie w zemsty imię” (jakby powiedział zmarły sto pięćdziesiąt sześć lat temu poeta) to naród, który domaga się sprawiedliwości dziejowej, gdyż jego niedawni ciemiężcy ciągle mają się dobrze i wcale nie zamierzają prosić o przebaczenie, ani wyrzec się przywilejów uzyskanych nieuczciwie i do tego w służbie obcej władzy. Ułatwienie dostępu do dokumentów archiwalnych SB, którego tak bardzo obawiają się dziś niektórzy prominenci i nomenklatura PZPR, może okazać się czymś dokuczliwym lub nawet bolesnym nie tylko dla klasy politycznej, będzie to jednak mniejsze zło niż to, którego jesteśmy dziś świadkami. Przeszłości nie da się bowiem ukryć pod stertą papieru. Z przeszłości trzeba się umieć rozliczyć w taki sposób, by nikt nie zakwestionował rachunku.


Tadeusz Witkowski