Carex” działał za granicą i w kraju, ale sąd lustracyjny uznał, że nie ma sprawy

Czego boi się Włodzimierz Cimoszewicz?


Sam Cimoszewicz w wielu wystąpieniach sugeruje, że główną przyczyną jego strachu są materiały przechowywane w Instytucie Pamięci Narodowej, a dotyczące agenturalnej sprawy pod pseudonimem “Carex”.

Marszałek Sejmu, ostatnia nadzieja czerwonych, czy - jak go nazywają na Białostocczyźnie – carewicz Włodzimierz, jest odnotowany w aktach SB jako kontakt operacyjny (tajny współpracownik wywiadu SB) o pseudonimie “Carex”.


Historia “Carexa”


Jak sprawozdawali w 1980 roku funkcjonariusze wywiadu SB, Cimoszewicz “z ochotą” wyraził zgodę na pracę dla Służby Bezpieczeństwa. Nie podpisał instrukcji wyjazdowej, powołując się na fakt, iż między członkami PZPR takie formalności nie są konieczne, jest bowiem człowiekiem zaufania władz.

I rzeczywiście, cała jego uprzednia kariera oraz szybka droga ku szczytom władzy w studenckich ogniwach organizacji Związku Młodzieży Socjalistycznej mogła przekonywać o jego wierności wobec reżimu komunistycznego. Świadczyła o tym także przeszłość jego rodziny, zwłaszcza biografia ojca, Mariana Cimoszewicza, funkcjonariusza osławionej Informacji Wojskowej a następnie WSW - i to pod rozkazami samego Czesława Kiszczaka. Tę znajomość Włodzimierz Cimoszewicz chciał zresztą wykorzystać, starając się o pracę w komunistycznym MSW. Powołując się na znajomość ojca z Kiszczakiem miał zgłosić się do generała Władysława Pożogi, wówczas pierwszego zastępcy Kiszczaka.

Ostatecznie nic z tego nie wyszło. Być może cywilne MSW nie chciało ludzi rodzinnie związanych ze służbami wojskowymi a być może chodziło o to, że Cimoszewicz podczas pracy dla SB w USA został zdekonspirowany, gdy na stronę amerykańską przeszedł szyfrant rezydentury - Mazurkiewicz. Być może zaś o odmowie zadecydował fakt, że agentów nie przyjmuje do pracy (nie “ukadrawia”) poza absolutnymi wyjątkami.


Typować agentów, obserwować Polonię


W każdym razie starania Cimoszewicza zostały odrzucone. A przecież instrukcja wyjazdowa, którą - jak twierdzą funkcjonariusze SB - przyjął “z ochotą” świadczy o wielkich nadziejach, jakie wywiad SB pokładał w Cimoszewiczu. Werbowano go zresztą nie byle gdzie, lecz do samego wydziału II Departamentu I, czyli do wydziału politycznego wywiadu SB. A wydział polityczny to była elita elit komunistycznego wywiadu SB. Żadne tam łapsy czy zwykli donosiciele, lecz intelektualna elita agentury.

Wystarczy przypomnieć, że Belkę zwerbował wydział VIII (ekonomiczny) i zażądał odeń namierzania profesorów American Enterprise Institute. Tymczasem Cimoszewicz miał za zadanie przedstawiać analizy polityki amerykańskiej, oceniać kierunki działania USA wobec PRL i innych państw sowieckiego obozu, a wreszcie - zdobyć zaufanie takich wybitnych postaci jak politologa prof. Mroza, szefa Radia Wolna Europa Jana Nowaka-Jeziorańskiego czy jednej z przywódczyń pomarcowej emigracji, Ireny Lasoty-Zabłudowskiej.


Kamuflaż czy kariera?


Z materiałów znajdujących się w IPN wynika, że niewiele z tych zadań zostało zrealizowanych. Zresztą raporty Cimoszewicza w tajemniczy sposób zaginęły, a prowadzący go funkcjonariusze opisują jego dorobek jako mierny. Być może jednak mamy do czynienia z kamuflażem, o czym świadczyć może zaginięcie raportów, których istnienie funkcjonariusze potwierdzają.

Nie można też wykluczyć, że był to skutek akcji ochrony agentury, podjętej po przejściu na stronę amerykańską szyfranta, który zabrał z sobą materiały i wiedzę o agenturze. Przeszkolono wówczas Cimoszewicza w kamuflażu, zakazując m.in. podpisywania czegokolwiek nazwiskiem czy też pseudonimem. To wydarzenie sprawia, że niewiele wiemy o pracy Cimoszewicza dla rezydentury SB w USA.

Okazuje się jednak, że związki Cimoszewicza z SB nie kończą się wcale na pracy dla wywiadu za granicą. Po powrocie do kraju “Carex” pracuje nadal, ale tym razem sprawozdania dotyczą jego kolegów ze studiów.

Zachowało się sprawozdanie z jednej tylko rozmowy, podczas której Cimoszewicz informuje o postępach w organizowaniu niezależnego związku studentów “Bratniak”, który - w odróżnieniu od wegetującej reżimowej struktury ZSP - szybko osiągnął imponującą liczbę ok. 300 członków.


Donos na “Bratniaka” i co na to sąd lustracyjny


Rzecz cała nie miałaby szczególnego znaczenie, gdyby nie fakt, iż sąd lustracyjny uznał, że Cimoszewicz złożył prawdziwe oświadczenie lustracyjne, gdyż miał nie być świadomy, iż zgadza się na współpracę z SB, a sądził, że rozmawia z przedstawicielami służb dyplomatycznych. O ile można by sobie to wyobrazić, gdyby kontakty ograniczyły się do USA, trudno uwierzyć, że o kolegach z “Bratniaka” Cimoszewicz opowiadał dyplomatom!

Jest jeszcze w historii związków Cimoszewicza z tajnymi służbami jedna tajemnicza historia (poza tym, że w USA nachodziło go FBI, a on w złożonym SB raporcie na ten temat nie umiał podać szczegółowego opisu i personaliów amerykańskich agentów). Otóż w pewnym momencie Cimoszewiczem zaczynają się interesować służby wojskowe, czyli Oddziału II Sztabu Generalnego. Niestety, nie wiemy nic więcej na ten temat, a materiały wojskowe są niedostępne.

Na marginesie tej opowieści trzeba dodać, że w agenturalnej historii Cimoszewicza silnie obecny jest wątek traktowania przezeń tajnych służb jako drogi awansu. Wydaje się, że Cimoszewicz starał się działać tak, by w jak najmniejszym stopniu uzależnić się od służb, ale by w zamian jak najwięcej od nich uzyskać. Stąd wykręcanie się od składania podpisu, stąd niechęć do składania pisemnych raportów, stąd miałkość przekazywanych informacji, ale stąd - równocześnie - systematyczne i długotrwałe podtrzymywanie kontaktu i służalczo-czołobitne deklaracje lojalności. Stąd także próba zatrudnienia się w MSW, gdy odrzucono jego starania o pracę w MSZ. W tym dążeniu do awansu przy wsparciu tajnych służb Cimoszewicz przypomina działacza ZSP Andrzeja Kratiuka (dziś przewodniczącego fundacji pani Kwaśniewskiej i działacza Stowarzyszenia Ordynacka), którego także najpierw zarejestrowano jako agenta wywiadu SB, a którego następnie przejął departament III (do zwalczania opozycji) i wykorzystywał do prowadzenia gier operacyjnych i zdobywania informacji na terenie stowarzyszeń studenckich i w środowiskach uczelnianych.


Czerwona kontra


Nie sądzę, by Cimoszewicz bał się ujawnienia swoich spraw agenturalnych, bo w jego środowisku było to normą a prawie każdy działacz PZPR, ZMS, SZSP/ZSP i innych tym podobnych organizacji starał się wspierać w swej karierze układami i kontaktami z SB. Zresztą poza bezpieką czy wbrew bezpiece kariery w systemie komunistycznym nie można było zrobić. Ten system na tym właśnie polegał, że bezpieka była najważniejszym działem kadr w całym państwie. Polityczne zaplecze Cimoszewicza świetnie o tym wie, bo większość jego towarzyszy działała podobnie. Nie mają o to do niego pretensji.

Z drugiej strony sąd lustracyjny koniec końców orzekł, że Cimoszewicz złożył prawdziwe oświadczenie lustracyjne, choć “prawdopodobnie” zgodził się na współpracę z SB i był “dostatecznie inteligentny by wiedzieć, z kim rozmawia”. Także więc od tej strony niebezpieczeństwo Cimoszewiczowi nie grozi.

Nie obawiając się niczego z tej strony, Cimoszewicz swoje związki z SB wykorzystuje w tej sytuacji do ataku na sejmową Komisję Śledczą na antykomunistycznych polityków.


ZYGMUNT PTAK