
![]()
Łukaszenko jest marionetką w rękach rosyjskich
Długa ręka Putina
Moskwa usiłuje doprowadzić do izolacji Warszawy w ramach Unii Europejskiej, do przedstawienia Polski jako kraju zagrażającego stabilności na kontynencie. Strategia bezruchu, jaką realizują sprawujący władzę w Warszawie postkomuniści (prezydent, premier, marszałkowie Sejmu i Senatu) doskonale ułatwia Władimirowi Putinowi realizację tych awanturniczych zamierzeń. Podobny skutek mogą mieć inicjatywy niektórych niewczesnych obrońców niezależności Związku Polaków na Białorusi, którzy teraz prześcigają się w krytyce Aleksandra Łukaszenki, a w latach minionych blokowali w Sejmie wprowadzenie rozwiązań, dzięki którym do minimum zmalałaby skuteczność polityczno-dyplomatycznych burd Moskwy.
Spór między Związkiem Polaków na Białorusi a władzami w Mińsku jest efektem przemyślanych i konsekwentnie realizowanych od wielu tygodni posunięć. Doraźnie, mają one przywrócić aparatowi przemocy na Białorusi pełną kontrolę nad kierownictwem ZPB.
Kukła z Mińska
Ale istota sporu daleko wykracza poza dyktatorskie zapędy groteskowego satrapy z Mińska. Gdyby jego celem było jedynie posadowienie na czele ZPB agentury białoruskiego KGB, Łukaszenko mógł cel ów osiągnąć bez wszczynana wojny dyplomatycznej czy anty-polskiej histerii pełnej prowokacyjnych i obraźliwych pomówień wobec Polski i Polaków.
Bez wątpienia mamy do czynienia z przemyślaną prowokacją. Ma ona z jednej strony zantagonizować z Polakami Białorusinów (rusyfikowanych i pozbawianych tożsamości narodowej przez dyspozycyjny wobec Moskwy reżim), z drugiej stworzyć wrażenie w Unii Europejskiej, że Polska jest źródłem nieustannych konfliktów ze wschodnimi sąsiadami UE - a tym samym, że Polska jest partnerem zagrażającym bezpieczeństwu w regionie i poprawnemu rozwojowi stosunków dwustronnych.
Na zachodzie Europy nie brak polityków, którzy chętnie nadstawią ucha temu typowi podszeptom. Jeśli szukają potwierdzeń dla antypolskiej tezy, to w ostatnich dniach otrzymują kolejne dowody naszej „nieobliczalności”.
Cepy Putina
Pobicie w Warszawie przez nieznanych sprawców dzieci dyplomatów rosyjskich i kazachskich, posłużyło Moskwie do reakcji dyplomatycznej na najwyższym szczeblu, gdy przeprosin zażądał od nas sam Putin. Czyli reakcji całkowicie nieproporcjonalnej do rangi tego zajścia.
Mamy do czynienia z powtórzeniem starego numeru z połowy lat 90-tych, kiedy na dworcu centralnym w Warszawie pobici zostali rosyjscy handlarze. Jak się potem okazało, sprawcami byli inni przybysze ze wschodu - wielu podejrzewanych o kontakty z FSB (Federalną Służbą Bezpieczeństwa - następczynią KGB).
Rosyjska prowokacja z dworca centralnego posłużyła Moskwie do wszczęcia antypolskiej awantury i odwołania warszawskiej wizyty Jewgienija Primakowa. Był to początek trwającego kilka lat ochłodzenia na linii Warszawa-Moskwa, mającego utrudnić nam akcesję do NATO i Unii Europejskiej.
Czy i tym razem sprawcami pobicia okażą się przybysze ze Wschodu? Tego nie wiadomo. Wiadomo za to, że na incydencie warszawskim obecne władze rosyjskie nie poprzestają.
Jakby na dane hasło, w rosyjskich mediach wybuchła absurdalnie napastliwa nagonka na Polskę. Według co mniej poczytalnych komentatorów, nasz kraj jakoby dąży do wszczęcia wojny z Rosją. Potem doszło do obrzucenia pomidorami budynku ambasady, wreszcie „nieznani sprawcy” skatowali do nieprzytomności pracownika naszej placówki dyplomatycznej.
Zdyskredytować Polskę
Sprawa pobić, tak jak i zachowanie Łukaszenki, są elementem tej samej strategii, której scenariusz napisano w Moskwie. Jak wyżej napisano, jej główny cel to izolacja dyplomatyczna Polski jako państwa awanturniczego, czy choćby niewygodnego (bo utrudniającego harmonijną współpracę gospodarczo-polityczną z Rosją, której tak bardzo pragną zarówno Moskwa, jak i Bruksela).
Narzucenie takiej interpretacji zajściom ostatnich tygodni ułatwia polska dyplomacja. Obserwujemy przerażający bezruch Prezydenta, Premiera, szefa MSZ, marszałków Sejmu i Senatu. Poza nic nie kosztującymi i niewiele znaczącymi oświadczeniami, najwyższe władze nie podejmują żadnych znaczących wysiłków, by uzmysłowić naszym partnerom w UE istotę konfliktu, poinformować o jego rzeczywistym przebiegu i wymusić na nich zajęcie korzystnego dla Polski stanowiska w tej sprawie i stosownych zobowiązań.
Postkomuniści z Warszawy postępują tak, jakby chcieli, by sprawa się po prostu „uleżała”. Wyjątkiem jest szef MSZ usiłujący „europeizować” spór z Moskwą, lecz w sposób niewystarczający, zważywszy na możliwe konsekwencje rozpętanej przez Putina zawieruchy.
Po raz kolejny agresja dyplomatyczna ze Wschodu spotyka się z pustym porykiwaniem i bezładem decyzyjnym. Dla Kwaśniewskiego czy Belki sprawy dotyczące bezpieczeństwa narodowego są sprawami niewartymi, by dla nich przerywać urlop. Gdyby chodziło o interesy czerwonej sitwy – O! to już nie takie powroty obserwowaliśmy (vide powrót Marka Belki dla ratowania interesów postkomunistycznych w BIG Banku Gdańskim).
Milczenie i wrzask
Na aferę Łukaszenki reagują jedynie nieposiadający obecnie możliwości wpływania na zachowanie państwa politycy opozycji. I czynią to prześcigając się w radykalizmie, a często i w absurdalności. Niektóre pomysły każą powątpiewać w polityczną rozwagę osób je zgłaszających. Przykład tego jest pomysł Romana Giertycha powołania alternatywnego wobec Łukaszenki rządu białoruskiego na wychodźstwie z siedzibą w Warszawie, czy pomysł ograniczenia prawa wjazdu białoruskim sportowcom – a tym jedynie ułatwiłoby się informacyjno-cywilizacyjną izolację społeczeństwa białoruskiego.
Dziwnym zbiegiem okoliczności najradykalniejszymi krytykami reżimu w Mińsku są często politycy, którzy w ostatnich latach z taką zaciętością zwalczali przyjęcie przez Sejm Karty Polaka (jak politycy PO). Karta ta dałaby naszym rodakom zamieszkałym na Białorusi prawo pracy, bezwizowego podróżowania do kraju ojczystego, prawo do bezpłatnej nauki, czy korzystania z opieki medycznej w Polsce.
Gdyby przywileje dla naszych rodaków na Wschodzie już funkcjonowały, represje Łukaszenki miałyby znacznie mniejszą siłę oddziaływania. A ponadto nic nie stałoby na przeszkodzie, by uzupełnić je skierowanymi do Białorusinów prześladowanych przez reżim Łukaszenki stypendiami, by w ten sposób przełamać blokadę informacyjną, która jest fundamentem stabilności zbrodniczego reżimu w Mińsku.
Za naszą wschodnią granicą mordowani są ludzie, giną w niewyjaśnionych okolicznościach, pozbawia się ich prawa do jakiejkolwiek niezależnej informacji. Opozycja proponuje tymczasem, by izolację Białorusi pogłębiać.
Mniej słów, więcej czynów
Obecna awantura mogłaby stać się idealnym pretekstem do zdobycia funduszy na niezależną telewizję i radio białoruskie, które emitowałyby swe programy z terytorium Polski, Litwy i Ukrainy. Programy, z których Białorusini mogliby czerpać wiedzę o rzeczywistej sytuacji w ich kraju i na świecie, dzięki którym mogliby krzewić swoją kulturę narodową przeciwstawiając się w ten sposób prowadzonej na zlecenie Moskwy rusyfikacji.
Pomysł budowy rozgłośni wprawdzie pojawia się w planach naszego MSZ, lecz ogólny bezruch najwyższych władz każe wątpić w powodzenie tych zabiegów. W końcu, czemu Bruksela lub Waszyngton miałby finansowo wspierać projekt, do którego nie są przekonani sami Polacy - z Białorusią graniczący?
Nie zadbaliśmy, gdy był po temu czas, o polityczno-społeczne bezpieczeństwo naszych rodaków żyjących na Wschodzie. Nie podjęliśmy wysiłków zmierzających do powstania niezależnych mediów białoruskich.
Teraz, gdy Moskwa przystąpiła do wymierzonej w Polskę agresji dyplomatyczno-propagandowej, nasze władze zachowują milczenie, zaś opozycja nawołuje do rozwiązań uderzających przede wszystkim w ofiary wschodnich reżimów. Taka polityka może przynieść więcej szkody, niż pożytku.
Naszym celem powinno być umiędzynarodowienie obecnego sporu. Wyraźne ukazanie naszym partnerom, kto jest tu agresorem, a kto ofiarą awanturniczej polityki. Nowy Sejm powinien możliwie najszybciej uchwalić Kartę Polaka zwiększającą niezależność naszych rodaków wobec nieobliczalnych reżimów, a także znaleźć środki na współfinansowanie niezależnych, białoruskich mediów elektronicznych. Jeśli tego nie uczynimy, podobne kryzysy, z coraz mniej przewidywalnymi skutkami, będą się powtarzać.
Krzysztof S. Skibiński