
![]()
O czym marzy Lech Wałęsa
Agent pokrzywdzony ze statusem ograniczonym
Wymiar międzynarodowy obchodów XXV rocznicy Wielkiego Strajku i powstania „Solidarności” ma, wbrew zapowiedziom, charakter bardzo skromny.
Odmowę udziału ze strony przywódców światowych organizatorzy usiłują zagłuszyć hukiem i błyskiem w wykonaniu francuskiego trefnisia, który porównał Wałęsę do Che Guevary, a swój koncert w hali Stoczni Gdańskiej porównuje do spektaklu dedykowanemu komunistycznym Chinom. Dlaczego poważni ludzie nie przyjęli zaproszenia z Gdańska? Ponieważ wszyscy wiedzą, że te uroczystości to nie będzie radosna feta, a raczej tragikomiczny pogrzeb III RP, jako układu „okrągłego stołu”, gdzie „agent agenta agentem poganiał”, a pożyteczni idioci bili brawo.
SB w WZZ
Jako dodatek do pisma Wolnych Związków Zawodowych - „Robotnika Wybrzeża” nr 4, z datą 9 września 1979 r., opublikowałem oświadczenie, które było pierwszym w ruchu oporu lat 70. przypadkiem publicznego ujawnienia agenta SB, czyli aktem lustracji obywatelskiej. Napisałem w nim m.in.:
To ja byłem jego opozycyjnym opiekunem, spotykałem się z nim na co dzień i mimo, że od pierwszego zetknięcia się z nim, miałem wrażenie kontaktu z człowiekiem wewnętrznie niezbornym - uznałem go za przyjaciela. Do ostatniej chwili, mimo jaskrawych dowodów jego agenturalnej działalności, wszystkich dookoła przekonywałem, że jednak zasadniczo to człowiek uczciwy. Nawet wtedy, /…/ gdy poznałem bardzo wiele jego niesamowitych kłamstw – nie zerwałem z nim współpracy. Dlaczego? Ponieważ był potrzebny. Nie chcąc uwierzyć, że jego możliwości wspiera SB, ciągle ceniłem jego operatywność i inteligencję, łudząc się, że uda mi się je wykorzystać dla działalności opozycyjnej. Dzisiaj widzę, jak wiele szkód przynieść może tak liberalny stosunek do ułomności charakteru w przypadku ludzi dysponujących zaufaniem społecznym i cenionymi przez SB informacjami. /…/ Nie potrafię ocenić, co w (jego) działalności /…/ było pracą agenta, a co pracą na korzyść opozycji, ale jestem pewien, że ten człowiek ma dwie twarze i obie prawdziwe. /…/ Osobiście do jego niewątpliwych działań pozytywnych dodałbym i doświadczenie, które uzyskałem przez ponad półtoraroczną współpracę z agentem. Doświadczenie to mówi, że można i należy wierzyć ludziom, nie należy natomiast zbyt łatwo wierzyć sobie.
O kim pisałem? Jednak nie o Lechu Wałęsie. Pisałem o Edwinie Myszku, którego Służba Bezpieczeństwa skierowała do Komitetu Założycielskiego WZZ Wybrzeża, na długo przedtem, zanim pojawił się wśród nas Wałęsa. Edwin Myszk był groźnym agentem-prowokatorem, pozornie nawet bardziej utalentowanym niż Wałęsa, bo potrafił zdobyć zaufanie nie tylko wśród działaczy WZZ, ale również w Warszawie, gdzie uwiódł Michnika, a Kuroń mówił o nim jako najwartościowszym działaczu robotniczym od czasu Lechosława Goździka.
Na szczęście dowiedzieliśmy się, że Myszk jest oszustem, na długo przed Wielkim Sierpniem, bo byłby poważną konkurencją dla Wałęsy. Gdy poszedłem do niego z moim bratem Błażejem na poważną rozmowę, z przerażenia, że chcemy go zabić, upadł na ziemię i przyznał się, że jest agentem SB.
Myszk do dzisiaj nie został za swe zbrodnie, swą działalność, publicznie napiętnowany, a IPN wciąż chroni zapis ewidencyjny o jego agenturalnej aktywności. Nie musiał przepraszać, i nie musiał zmieniać nazwiska, czy miejsca zamieszkania. Jest znanym bogaczem, mecenasem kultury, daje pracę trójmiejskim intelektualistom, w tym innemu agentowi, który, jako szpicel dotąd nieujawniony, pełni ważną funkcję w propagandzie „frontu antylustracyjnego”.
Myszk nikogo się nie boi, bo wszyscy jego się boją, i to do tego stopnia, że IPN nie odważył się udostępnić działaczom WZZ danych z jego agenturalnego życiorysu. Na ujawnienie prawdy o Myszku nie odważyła się „Gazeta Wyborcza”, której dziennikarze z gdańskiego oddziału kilka lat temu napisali o nim obszerny artykuł. Były w nim zawarte wypowiedzi Borusewicza i moje, ale kierownictwo „GW” zakazało druku artykułu, i zakaz ten obowiązuje do dzisiaj. Boi się go Wałęsa, boi się go arcybiskup Gocłowski, boi się go cały trójmiejski światek polityczno-biznesowy, bo za Myszkiem stoją nie tylko jego związki z mafią, nie tylko skorumpowani politycy i księża, ale, co najważniejsze, dawni funkcjonariusze SB, którzy, dzięki groźbie ujawnienia „teczek”, trzymają ten światek „na krótkiej smyczy”.
Głównym jednak powodem, dla którego Myszk nie jest łajdakiem publicznie znanym i powszechnie potępionym, jest świadomość ludzi „frontu antylustracyjnego”, że ujawnienie sprawy Myszka przybliżałoby ujawnienie sprawy Wałęsy, a to zagroziłoby fundamentom układu „okrągłego stołu”.
Sprawa t.w. „Bolek”, czyli jak Kolegium IPN uznało Wałęsę agentem SB
Lech Wałęsa otrzymuje z całego świata żądania jasnego wytłumaczenia się ze stawianych mu zarzutów. Biura organizujące jego płatne spotkania chcą mieć gwarancję, że płacą bohaterowi bez skazy, a nie wielkiemu mistyfikatorowi, nowemu wcieleniu Azefa. Te żądania stawiane były od dłuższego czasu, ale dotychczas udawało się Wałęsie zasłaniać wyrokiem Sądu Lustracyjnego.
Wałęsa był przymuszany do złożenia w IPN wniosku o uznanie go za pokrzywdzonego przez SB. Do końca ubiegłego roku odmawiał, bo wiedział, że jako były agent, statusu pokrzywdzonego otrzymać nie może. Ratunek dostrzegł dopiero w wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego ze stycznia 2005 r., który, nakazał IPN przyznanie takiego statusu dawnemu agentowi SB z Łodzi. Sąd uznał, że przez zerwanie współpracy z SB i podjęcie działalności antykomunistycznej, agent ten zasłużył na wybaczenie wcześniej dokonanego zła.
W uzasadnieniu wyroku sąd stwierdził ponadto, że status pokrzywdzonego należy się również osobom, które były agentami pomiędzy okresami działalności antykomunistycznej. To był przypadek Wałęsy i dlatego w marcu 2005 roku pobiegł on do IPN, by zrealizować swą szansę.
W swych pragnieniach Wałęsa trafił na pomoc ze strony całego układu posowieckiej agentury dominującej w III RP. Wsparcia udzielił mu Kwaśniewski i cały aparat państwowy, liderzy partii politycznych, a nawet prezes IPN. Naciskany zewsząd Kieres 21 lipca b.r. przyjechał specjalnie do Gdańska, by przeprosić Wałęsę, że nie jest jeszcze w stanie przyznać mu upragnionego alibi, bo opierają się tej decyzji archiwiści IPN. Np. wicedyrektor archiwów IPN Leszek Postołowicz, który w głośnej sprawie premiera Marka Belki miał odwagę powiedzieć: „prawdopodobnie nie otrzymałby od instytutu statusu osoby pokrzywdzonej. Podpisał indywidualną instrukcję wyjazdową, która była równoznaczna z zobowiązaniem do współpracy, przeszedł przeszkolenie, ustalił hasło i odzew".
Wspierany przez „front antylustracyjny” Wałęsa, zgłosił już nie tylko prośbę o status pokrzywdzonego, ale żądanie, by IPN poświadczył że nigdy nie był agentem. Posłuszny Kieres wygłosił wiernopoddańcze laudacje i zawiadomił publicznie, że przyzna mu status jak najszybciej. Powstała obawa, że w nadziei na przedłużenie swej prezesury Kieres dokona aktu fałszerstwa i bezprawia.
W tej sytuacji dnia 27 lipca b.r. zebrało się Kolegium IPN, w którym „front antylustracyjny” nie ma zdecydowanej większości. Kolegium napomniało Kieresa, że jego działania pozostają w oderwaniu od jego sytuacji osoby zaledwie tymczasowo pełniącej obowiązki prezesa. Ponadto Kolegium, uznając wielkie publiczne znaczenie sprawy agenturalności Wałęsy, wskazało na potrzebę opublikowania przez IPN „białej księgi”, dzięki której polska opinia publiczna mogłaby naocznie poznać i ocenić dokumenty SB na temat „Bolka”.
Decyzja Kolegium IPN oznacza w praktyce publiczne, choć nie formalne, uznanie faktu agenturalności Wałęsy, jako tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Bolek”.
Stanowisko zajęte przez Kolegium ratuje prestiż IPN, tak dramatycznie narażony na szwank przez niegodny oportunizm prezesa Kieresa. Od razu trzeba jednak stwierdzić, że nie oznacza to ostatecznej klęski działającej w IPN silnej frakcji fałszerzy historii „Solidarności” i całej najnowszej historii Polski. Stronnictwo fałszerzy może wykorzystać koncept „białej księgi”, jako sprytny wybieg, umożliwiający dalsze fałszowanie prawdy, a nie uczciwe oddanie osądu sprawy Wałęsy w ręce opinii publicznej. Fałszerze wierzą, że opublikują co chcą, i kiedy chcą. W ten sposób „Biała księga” może stać się narzędziem tej samej propagandy „frontu antylustracyjnego”, rozpowszechnianej od lat przez cały obóz postkomunistyczny i główne media, że może Wałęsa coś podpisał, ale właściwie nie wiadomo co, i w ogóle jest to bez znaczenia.
Fałszerze liczą po pierwsze, że uda im się nie podać do publicznej wiadomości tych dokumentów, które nie zachowały się w postaci oryginałów.
Po drugie wydanie wybiórczej „białej księgi” może zostać odłożone, „z przyczyn redakcyjnych”, na długo po przyznaniu Wałęsie statusu pokrzywdzonego.
Lakiernicy
Z charakteru agentury Wałęsy dobrze zdaje sobie sprawę Andrzej Friszke, członek kolegium IPN, który tak opisuje realia początku lat 70.: „W centrum zainteresowania bezpieki Wałęsa znalazł się zresztą już w 1970 r. jako członek komitetu strajkowego Stoczni Gdańskiej. Po zakończeniu tamtego protestu partia, a właściwie SB, postawiła sobie za punkt honoru usunięcie ze stoczni lub "przerobienie" na swoją modłę wszystkich politycznie zaangażowanych robotników. Niesamowite, co tam się działo! Gdy czytałem dokumenty o tych gigantycznych operacjach, byłem w szoku, bo do tego momentu wierzyłem, że po dojściu Gierka do władzy nastąpiła swego rodzaju odwilż, a aktywność SB znacznie zmalała. Nic z tego” („GW” z 30.05.2005 r.).
Można współczuć Wałęsie, że poddano go presji, ale nie ma powodu, żeby odrzucać wiedzę Friszkego, że dylemat - usunięcie ze stoczni lub "przerobienie" na modłę SB – Wałęsa rozstrzygnął na korzyść SB. W zamian, nie tylko nie został usunięty ze Stoczni, ale otrzymał cenne nagrody: mieszkanie i funkcję społecznego inspektora pracy (która dawała szpiclowi możliwość swobodnego poruszania się po Stoczni i inwigilacji kolegów). Powodziło mu się tak dobrze, że w czasach powszechnej biedy posiadał samochód; najpierw fiata 125, a później Warszawę i Żuka.
Mimo to Friszke, „lakiernik” najnowszej historii Polski i, obok sędziego Olszewskiego, czołowy działacz „frontu antylustracyjnego” w IPN, nalega, by przyznać Wałęsie status pokrzywdzonego.
Każdy, kto miał wgląd w teczkę tw „Bolka” nie może mieć wątpliwości, że Lech Wałęsa był gorliwym agentem SB. Wałęsa donosił na swoich przyjaciół i kolegów: Jagielskiego, Szylera, Jasińskiego, Gowlika, Karpińskiego, Borkowskiego, Animuckiego, Zarzyckiego, Mioto, Suszka, Krukowskiego, Weprzędza, Żmudę i innych.
Jakim szpiclem był Wałęsa?
Wydajnym: W dokumentach SB czytamy: „t.w. PS. „Bolek” przekazywał nam szereg cennych informacji dot. destrukcyjnej działalności niektórych pracowników. Na podstawie otrzymanych materiałów założono kilka spraw” [operacyjnego rozpracowania – przyp. K.W.]. Chętnym: „dał się poznać jako jednostka zdyscyplinowana i chętna do współpracy.”
Płatnym: „Za przekazane informacje był on wynagradzany i w sumie otrzymał 13100 zł, wynagrodzenie brał bardzo chętnie.”
Ambitnym: „niejednokrotnie w przekazywanych informacjach przebijała się chęć własnego poglądu na sprawę”.
Każdy, kto zna Wałęsę osobiście wie, że musiał być również agentem Roszczeniowym: Potwierdza to analiza SB: „Żądał również zapłaty za przekazywane informacje, które nie stanowiły dla nas większej wartości operacyjnej”. Ci, którzy Wałęsy nie znają, i skłonni są wierzyć w bajki o przymuszaniu go do szpiclowania, powinni wiedzieć, że na sporządzonej przez SB w 1972 r. liście agentów, którzy usiłowali uchylać się od współpracy, brak jest tw „Bolka”.
Gwałt na prawdzie
Wyrok NSA zmienia dotychczasową praktykę IPN. Trzeba przyznać, że dotychczas była ona jednoznaczna. Osobom, które podpisały zobowiązanie do współpracy z SB, IPN odmawiał przyznania statusu pokrzywdzonego i wglądu do akt. Wyrok NSA może doprowadzić do ustanowienia nowej reguły. A przyznanie statusu Wałęsie praktycznie unicestwi sens tej instytucji. Uznanie przez IPN rozstrzygnięcia NSA za obowiązujące we wszystkich podobnych sprawach doprowadzi do lawiny odwołań od poprzednio wydanych decyzji na niekorzyść byłych agentów.
Czy wyrok NSA należy rozumieć jako absolutną regułę, nakazującą IPN przyznawanie statusu również szpiclom, donosicielom, zdrajcom i innym łajdakom tego rodzaju? Tak na pewno nie jest. NSA napisał przecież w uzasadnieniu o „skreśleniu wcześniejszych zasług” przez podjęcie agenturalnej współpracy. Skoro podjęcie się donosicielstwa „skreśla” poprzednie zasługi, to nie można uznać, że następnie mogą one zostać przywrócone.
Dlatego ważne jest, żeby Kolegium IPN zadbało o to, by Kieres nie poważył się pominąć wykładni NSA, że: „zastosowanie normy prawnej należy rozważyć w indywidualnej sprawie”. Wykładnia ta oznacza, że IPN ma prawo odmówić przyznania statusu byłemu agentowi, a jego ewentualne odwołanie do sądu musi zostać rozpatrzone indywidualnie.
Agenturalność Lecha Wałęsy jest kamieniem węgielnym systemu władzy III RP jako państwa SB, a także najwygodniejszym dla postkomunistów punktem oporu wobec społecznego żądania lustracji i dekomunizacji. Agent „Bolek” jest barykadą, którą układ postkomunistyczny i jego agentura wykorzystują do obrony swego panowania nad Polską. „Ikona Solidarności” wykorzystywana jest do podtrzymania niesuwerenności Polski w stosunkach zewnętrznych i dominacji mafii w stosunkach krajowych.
Dlatego IPN nie ma prawa chować się za casusem łódzkim, by dokonać czysto politycznego aktu gwałtu na demokracji. IPN ma obowiązek odmówić Wałęsie przyznania statusu i, jeżeli Wałęsa tę decyzję zaskarży, bronić jej przed sądem. Tak musi postąpić instytucja godna swej misji w państwie prawnym.
„Bolek” jako świadek koronny
W ustawodawstwie polskim istnieje instytucja darowania winy przestępcy, który następnie podejmie współpracę z wymiarem sprawiedliwości. Warunkiem koniecznym jest uczciwe i wyczerpujące przekazanie zainteresowanym instytucjom państwa wiedzy na temat własnych przestępstw oraz wszystkich czynów i ich okoliczności innych osób uczestniczących w działalności przestępczej.
Wydaje się, że podobna norma może być zastosowana wobec byłych agentów. Należy ją jednak uzupełnić o element dodatkowy – obowiązek zadośćuczynienia ofiarom - tym „których zdradzono o świcie”.
Lech Wałęsa odebrał już niezliczoną ilość nagród za swoją dawną działalność. Nagradzany był hojnie zarówno przez naród polski i jego instytucje oraz przez SB. Dlatego Wałęsa jest zobowiązany do zadośćuczynienia swojemu nieżyjącemu przyjacielowi Józefowi Szylerowi, na którego donosił za wynagrodzeniem, a IPN winien zbadać, jakie krzywdy spotkały z tego powodu Szylera i jego rodzinę oraz czy zadośćuczynienie ze strony Wałęsy będzie wystarczające.
Doceniając gest Kolegium w sprawie ratowania Kieresa przed jego nieprzytomną żądzą służalczości wobec ludzi władzy, należy jednak przypomnieć, że Kolegium zaniedbało wskazania, że prokuratura IPN posiada wszystkie potrzebne uprawnienia śledcze do rzetelnego badania przypadków agenturalności. To wskazanie jest dlatego konieczne, że kierownictwo IPN zachowuje w tej sprawie absolutną bierność.
Gdy po złożeniu wniosku, archiwiści znajdują bezsporne dowody agenturalnej współpracy wnioskodawcy, IPN odmawia przyznania mu statusu pokrzywdzonego. W przypadkach wątpliwych, gdy prosta kwerenda nie wystarcza, IPN powstrzymuje się przed oczywistym ruchem, czyli przesłuchaniem odpowiednich świadków, mimo że absolutna większość funkcjonariuszy prowadzących agenturę żyje i cieszy się świetną pamięcią. Nic prostszego, by prokuratorzy wzywali ich do złożenia zeznań pod odpowiedzialnością karną. Jeżeli tego nie robią, to dlatego, że pojmują swoje zadania w sposób sprzeczny z ustawowo określoną misją IPN i znajdują dla takiej postawy poparcie w jego kierownictwie.
Praktyka ta powinna stać się elementem przesłuchań kandydatów na nowego prezesa IPN, ale w sprawie Wałęsy pożądane jest, by Kolegium jeszcze raz dokonało interwencji i wskazało Kieresowi i prokuratorowi Kuleszy na potrzebę pilnego uzupełnienia dokumentacji w sprawie Wałęsy o przesłuchanie byłych funkcjonariuszy wydziału SB, który go „prowadził”.
Aktywność prokuratury w takich sprawach jest wpisana do statutu IPN jako jego podstawowy obowiązek, jako że rzetelna troska o dobro osób pokrzywdzonych wymaga nie tylko badania krzywd zadanych im przez funkcjonariuszy PRL, ale również przez ich agentów. Do dzisiaj ani razu prokuratura IPN nie wystąpiła z wniesieniem do sądu aktu oskarżenia przeciw agentom, nawet w tych przypadkach, gdy chodzi o niewątpliwe akty zbrodni.
Dlatego ani pokrzywdzeni, ani opinia publiczna, nie wie nic w sprawie konsekwencji, jakie donosy Wałęsy miały dla jego ofiar. Jest to dowód bezprawnych zaniechań ze strony IPN, ponieważ tacy ludzie jak np. Szyler czy Jagielski, na których Wałęsa złożył kilka groźnych donosów, muszą być przez IPN postrzegani jako pierwszorzędne ofiary represji komunistycznych.
Kilka dni temu, 6 sierpnia 2005 r., Henryk Jagielski, uczestnik buntu Grudnia`70 i pierwszy członek Komitetu Strajkowego wybranego przez załogę Stoczni Gdańskiej 14 sierpnia 1980 roku, oświadczył w Telewizji „Trwam”, że Wałęsa, jako tw „Bolek”, donosił na niego do SB. Prokuratura IPN ma obowiązek potraktować to oświadczenie, jako oficjalne zawiadomienie o fakcie agenturalności Wałęsy i wprowadzić je do prowadzonego przez nią śledztwa w sprawie preparowania przez SB dokumentów dotyczących agenturalnej działalności Wałęsy w latach osiemdziesiątych na podstawie akt „Bolka” z lat siedemdziesiątych.
Czy Kieres postąpi zgodnie ze statutem IPN, który nakazuje mu dbać po pierwsze o dobro osób pokrzywdzonych, i udzieli Jagielskiemu pomocy w uzyskaniu szczegółowej dokumentacji na temat aktywności kolegi-szpicla? Czy pomoże Jagielskiemu w uzyskaniu pomocy prawnej, której ofiara Wałęsy może potrzebować, jeżeli zdecyduje się żądać od niego przyznania się do winy i rekompensaty za wyrządzoną krzywdę?
Bardziej można liczyć, że Kieres poleci prokuratorowi Schulzowi, żeby obmyślił jakiś sposób na zamknięcie Jagielskiemu ust i wpuszczenie „końców w wodę”.
Prokurator Schulz
Interwencja Kolegium jest tym bardziej konieczna, że do nadzorowania śledztwa IPN w sprawie podejrzenia popełnienia w latach osiemdziesiątych przez funkcjonariuszy SB zbrodni komunistycznej na szkodę Lecha Wałęsy, która polegać miała na podrabianiu dokumentów dotyczących współpracy Wałęsy z SB przekazanych komitetowi Nagrody Nobla, wyznaczony został Maciej Schulz – Naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Gdańsku.
W jaki sposób znalazł się w IPN człowiek, już wcześniej skompromitowany jako urzędnik państwowy? Kierownictwo IPN musi sprawdzić, czy jest rzeczą wykluczoną, że celem zatrudnienia Schulza w IPN była jego dalsza aktywność w tuszowaniu sprawy „Bolka”.
W roku 1993, a więc w okresie, gdy Wałęsa jako prezydent państwa miał odpowiednie możliwości, żeby „czyścić” dokumentację na temat t.w. „Bolek”, Schulz, jako prokurator Prokuratury Rejonowej w Gdyni, prowadził sprawę tzw. „rtęci”. W marcu 1993 r. w mieszkaniu Aleksandra O. w Gdyni, funkcjonariusze UOP zatrzymali trzy osoby podejrzewane o handel materiałami radioaktywnymi (rtęcią). Był wśród nich jeden z byłych wysokich funkcjonariuszy SB w Gdańsku. W czasie przeszukania mieszkania byłego funkcjonariusza SB w Gdańsku odnaleziono podobno teczkę personalną Wałęsy i kilku innych działaczy „Solidarności”. Do dziś nie są znane losy dokumentów zarekwirowanych byłemu esbekowi. Wiadomo, że funkcjonariusze UOP nie pozostawili protokołu z przeprowadzonej rewizji. Koperty, w których znajdowały się dokumenty lub mikrofilmy byłej SB znalazły się niezwłocznie w gdańskiej delegaturze UOP, a później zostały przekazane do MSW. Sprawa „rtęciowa” toczyła się przed Sądem Rejonowym w Gdyni. W sprawie zaginięcia odnalezionych materiałów SB protestował jedynie prokurator wojewódzki w Gdańsku Leszek Lackorzyński. Podobno interweniował w tej sprawie u ministra spraw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego. Jednak szef MSW nie zwrócił prokuraturze przywłaszczonej przez UOP dokumentacji. Schulz natomiast nie tylko zezwolił UOP na zabranie tej dokumentacji, ale zasłużył się zatuszowaniu tego nadużycia
W roku 2005 Schulz, jakby nigdy nic, rozpoczął śledztwo w sprawie zbrodni komunistycznej, jaką miało być rzekome fałszowanie akt dokumentujących agenturalną współpracę Wałęsy z SB!
Wszyscy wiedzą
Że Wałęsa był „Bolkiem” wie każdy, kto wiedzieć chce. Przyznają to nawet jego obrońcy, usprawiedliwiając to młodym wiekiem i byciem robotnikiem. Taka obrona jest jednak dowodem iście „burżuazyjnej” pogardy dla „robola” i szokuje tym bardziej, że celują w niej byli walterowscy trockiści. Młody robotnik nie jest skazany na brak patriotyzmu i godności, a tym, którzy tego nie wiedzą, proponuję pojechać na trójmiejskie cmentarze, na groby ofiar Grudnia `70, żeby przekonali się, kim byli, i po ile mieli lat ci, którzy ginęli w walce z komunizmem.
Wałęsa jest pozytywnym symbolem Polski tylko dla naiwnych. Dla ludzi rozumnych jest znakiem trwałości polskiej niedojrzałości. Naród, który wbrew faktom czci takiego przywódcę, dowodzi, że nie dorósł do rządzenia się samemu. Takiemu narodowi można narzucać przywódców wyznaczonych z zewnątrz. A oni będą nadal kultywowali legendę Wałęsy.
Krzysztof Wyszkowski