Czerwoni prowadzą nas na Mińsk!


Prezydent, rząd, parlament i media biją na alarm - prezydent Łukaszenka zaatakował polską mniejszość na Białorusi! Nigdy jeszcze od września 1939 roku Polacy nie byli tak zjednoczeni w swoich uczuciach, jak dzisiaj. I dlaczego? Łukaszenka brutalnie i z hałasem robi to, co np. w Niemczech od lat dzieje się skutecznie i po cichu – nie dopuszcza do powstania silnej reprezentacji polonijnej.


Ale czy naprawdę właśnie o to chodzi? Czy Łukaszenka nie wie, że Polska znajduje się w środku kampanii wyborczej, która może doprowadzić do upadku postkomunistycznego, posowieckiego układu władzy w Polsce? Czy nie przewidywał, że tym razem trafi na ostry protest ze strony wszystkich partii, włącznie ze swoimi dawnymi sowieckimi kompatriotami z SLD?


Zausznicy Rosji


Kim jest Łukaszenka? Wszak to taki sam komunistyczny aparatczyk jak Kwaśniewski, Belka czy Cimoszewicz, tyle, że jako zarządcy kraju leżącego bliżej Kremla, nie spotkało go po 1989 roku „nieszczęście“ demokracji.

Łukaszenka jest takim samym rosyjskim gubernatorem Białorusi, jak był nim kilkanaście lat temu Jaruzelski w Polsce. Gdy Kwaśniewski i SLD z honorami podejmują Jaruzelskiego, to robią to samo, co wówczas, gdy przez lata podtrzymywali obecność Łukaszenki na europejskiej scenie politycznej. To nie Kwaśniewski zerwał z Łukaszenką, to Unia Europejska zmusiła Kwaśniewskiego, by przestał ściskać się z nim równie serdecznie, co z Putinem i Krawczukiem.

Coś takiego jak suwerenne państwo białoruskie - nie istnieje. Białoruś jest rosyjską kolonią, a Łukaszenka rosyjskim pałkarzem, który robi tylko to, co mu każą i tylko wówczas, gdy otrzyma z Kremla odpowiednie polecenie. Przyglądając się działaniom Łukaszenki trzeba pamiętać, że chronienie go, tak samo jak chronienie Krawczuka na Ukrainie, było przez lata treścią działań polskiej postsowieckiej dyplomacji i postsowieckich władz III RP.

Władze te od lat pozostawały bierne, pomimo wezwań ze strony pracującego na Białorusi niższego personelu dyplomatycznego. Dlaczego? Kto nie wie, ten niech sobie przypomni, że na ambasadora III RP w Mińsku Kwaśniewski wyznaczył agentkę SB. Przecież nie po to, by Łukaszenka uwierzył w zalety demokracji, ale żeby brał wzór z polskich towarzyszy, którzy wykazali, że jako prawdziwi bolszewicy potrafią przetrwać w każdej sytuacji.


Moskiewska sieć


Co jest międzynarodowym kontekstem manewru rosyjskiego w wydaniu Łukaszenki? Powszechnie znanym projektem jest zamiar zbudowania omijającego Polskę rurociągu Rosja-Niemcy na dnie Bałtyku. Zadaniem Polskiej dyplomacji jest uniemożliwienie tego zamierzenia, zarówno w jego technicznym, jak politycznym wymiarze.

Zapytajmy więc, co Kwaśniewski, Belka i Cimoszewicz zrobili, by zmobilizować całą Unię Europejską i USA przeciw temu ekonomiczno-politycznemu zamierzeniu, którego cel jest jawnie wrogi Polsce?

Zapytajmy też, co zrobił polski Sejm, żeby, nie mogąc zmusić rządu i prezydenta do aktywności w tej mierze, ujawnić tę bierność przed opinią publiczną?

Ani Sejm, ani partie opozycyjne nie zrobiły niczego, co utrudniłoby postkomunistom odwracanie uwagi opinii publicznej od prawdziwych zagrożeń dla bezpieczeństwa Polski.

Zagrożenie ze Wschodu jest tylko wtedy groźne, gdy znajduje partnerów na Zachodzie. Zagrożenie ze strony Białorusi nie istnieje, ale istnieje bardzo realne zagrożenie ze strony wrogów Polski na Zachodzie, którzy z powodu walki Polski o prawa Polaków na Białorusi rozgłoszą nowy wybuch polskiego szowinizmu i uznają go za zagrożenie dla pokoju i stabilności w Europie.

Łukaszenkę wystarczy zlekceważyć, ale nie warto lekceważyć manipulującej nim ręki Rosji, szczególnie wtedy, gdy jest ona wyciągnięta ponad Polską w stronę Niemiec, a manewr Łukaszenki temu właśnie służy.

Pamiętajmy, że ci, którzy teraz nawołują nas do obrony Polaków w Mińsku, to ci sami, którzy od dawna wmawiają Europie, że jesteśmy groźnymi dla całej Europy nacjonalistami, katolickimi faszystami i rusofobicznymi ksenofobami.

Zróbmy test - niechby tylko posłowie nie postkomunistyczni spróbowali nazwać działania Łukaszenki prowokacją ze strony Kremla, a natychmiast okazałoby się, że Kwaśniewski, Cimoszewicz, Belka i Iwiński przekażą Putinowi swe przekonanie o pełnej samodzielności i suwerenności działań mińskiego satrapy.


Kręte ścieżki polskiej dyplomacji


Manewr Łukaszenki ma ułatwić postkomunistom współudział w sprawowaniu władzy po przegranych wyborach. Gdy Polska protestuje przeciw sowietyzacji Polonii na Białorusi, nikt na przykład nie zwraca uwagi na umacnianie posowieckiego układu w obsadzie ambasady Polski w Waszyngtonie. Nie udało się ze Szlajferem, to znaleziono Reitera - innego, rzekomo nie postkomunistycznego przebierańca.

Reiter był ambasadorem PRL w RFN z nominacji Mazowieckiego. Jego nominacja była typowym manewrem dyplomacji komunistycznej. Reiter był wówczas przeciwnikiem zjednoczenia Niemiec. W chwili, gdy Polska potrzebowała współpracy z Zachodem wysłano do Bonn człowieka, którego osobiste przekonania miały tę współpracę utrudnić, gdyż reprezentował on Polskę, jako alianta Związku Sowieckiego, związanego z nim na zawsze w imię wdzięczności za „jedyne, pewne gwarancje jej granicy na Odrze i Nysie“.

Obecnie, jako przeciwnik interwencji w Iraku, będzie zapewne nadal rzecznikiem bliskiej współpracy z Rosją na rzecz walki z międzynarodowym terroryzmem. To, według Kwaśniewskiego i postsowieckiego MSZ, najważniejsze zadanie reprezentanta Polski w Waszyngtonie.

Reiter nadaje się do tego jak nikt inny, bo ma zdrowe korzenie, uprawniające go nawet do członkostwo w Stowarzyszeniu „Ordynacka”. Oto fragmenty jego własnoręcznego życiorysu: „pełniłem (po 1968 r. – K.W.) m.in. funkcję kierownika Referatu Propagandy Komendy Hufca ZHP. /…/ byłem (w pierwszej połowie lat 70. – K.W.) aktywnym członkiem organizacji studenckiej. Pełniłem m.in. funkcję przewodniczącego Komisji Kultury Rady Wydziałowej ZSP. /…/ Pracowałem też jako tłumacz na konferencjach międzynarodowych. /…/ na zlecenie Wydz. Zagranicznego KC PZPR jako tłumacz delegacji pisma „Neuer Weg”, organu KC SED, zaproszonej do Polski przez redakcję „Życia Partii”.” Taki człowiek będzie bez zarzutu występował jako tłumacz interesów postkomuny wobec Amerykanów.


Między Moskwą a Waszyngtonem


Skoro mamy już odpowiednich ludzi do obrony przed Łukaszenką (wystarczy posłuchać posła Iwińskiego, nazywanego w Parlamencie Europejskim ambasadorem Rosji ds. zaprzeczania zbrodniom rosyjskim w Czeczenii), to teraz będziemy mieli odpowiedniego człowieka do obrony przed Bushem (wystarczy posłuchać Reitera, gdy tłumaczy, jak USA muszą uznać za swoje - stanowisko antyamerykańskiej lewicy europejskiej).

W trosce o dalszy pozytywny rozwój dialogu Rosji z Niemcami polscy postkomuniści kierowani przez Kwaśniewskiego i Cimoszewicza zrobią wszystko, by nie dopuścić do podważenia tego dialogu przez twierdzenie, że Łukaszenka nie jest suwerennym prezydentem niepodległej Białorusi, a oni sami wyrazicielami polskiej racji stanu.

Niegdyś dla obrony sowietyzmu podjęli się udziału w zamordowaniu „Solidarności”, dzisiaj będą walczyć o demokrację na Białorusi dla umocnienia osi Berlin-Moskwa. A gdy trzeba będzie powiedzieć Amerykanom, że spokój panuje w Warszawie, zrobi to ambasador Reiter.

Wygląda na to, że postkomuniści podjęli międzynarodową operację pt.: „Przewidywane wyniki wyborów Polsce zagrażają stabilności w Europie”.

Wydarzenia na Białorusi są zapewne elementem tej samej gry, dla której Cimoszewicz spędził ponad tydzień w USA, Szmajdziński udekorował Wolfowitza, a Belka poleciał do Bagdadu zapewnić, że wojska polskie pozostaną w Iraku (nigdy żaden z nich nie spróbował zrobić czegokolwiek, aby ubodzy Polacy w Ameryce mogli korzystać z opieki społecznej w tym samym stopniu, co członkowie innych mniejszości narodowych).

Nie zdziwiłbym się, gdyby w tym samym czasie Kwaśniewski urządził sobie małą cichą konferencję ze swoimi starymi przyjaciółmi Paskasem i Kuczmą, by naradzić się, jak ratować demokrację w krajach byłego obozu socjalistycznego.


Postkomunistyczni oszczercy


Andżelika Borys jest dzielną kobietą, ale w międzynarodowej grze o Polskę jest tylko efektowną przynętą, za pomocą której Rosja łowi polską rybkę w zręcznie zmąconej przez postkomunistów wyborczej wodzie. W tej mętnej wodzie i Cimoszewicz, i Iwiński, i wszyscy inni postkomuniści walczący o przetrwanie polskiego sowietyzmu, mogą na czas wyborów udawać patriotyczną troskę o ciemiężonych rodaków.

Cimoszewicz przez dwa miesiące nie dopuszczał do dyskusji w sejmie nad zgłoszoną przez PO uchwałą w sprawie gnębienia Polaków na Białorusi, bo wówczas udawał jeszcze, że rezygnuje z polityki. Teraz, gdy taka dyskusja daje okazję do zaprezentowania siebie samego, z prawdziwie bolszewickim cynizmem usiłuje doprowadzić do uczynienia z akcji Łukaszenki sprawy wyłącznie polskiej.

Z projektu uchwały postkomuniści usunęli te fragmenty, które wskazywały, że przeciwstawienie się Łukaszence jest obowiązkiem całej Unii Europejskiej. Poseł Komorowski mówi, że doszło do tego „na skutek pomyłki”. Kpi, czy o drogę pyta? To stary działacz antykomunistyczny nie zna alfabetu leninizmu, który zawsze nakazuje izolować Polskę i oskarżać ją o nacjonalizm? Tak robiła KPP, PPR, PZPR i tak robią Kwaśniewski, Cimoszewicz, Iwiński – wierni słudzy sowietyzmu.


Pobudka dla opozycji


Czy sejm zadbał o to, by sprawdzić, że afera ze Związkiem Polaków na Białorusi na pewno nie ma cech międzynarodowego spisku? Nie, nie sprawdził. Ale jak miałby to zrobić? Za pomocą esbeckiej Agencji Wywiadu? Czy może za pomocą prezydenckiego BBN? Rzeczywiście nie warto pytać.

PiS i PO nie muszą biernie odgrywać scenariusza przygotowanego po to, by z jednej strony pomóc Cimoszewiczowi w kampanii wyborczej, a z drugiej wskazać na postkomunistów, jako jedyny czynnik polityczny w Polsce, z którym Zachód powinien współpracować.

Opozycja powinna już dzisiaj ogłosić, że po wyborach natychmiast zajmie się głęboką analizą działań polskiej dyplomacji i służb specjalnych oraz dokona fundamentalnej rewizji ich metod pracy. IV RP nie może pozostać własnością postkomunistów w żadnym wymiarze, ale do dyktowania przez Łukaszenkę przebiegu polskiej kampanii wyborczej nie wolno dopuścić już teraz.

Jeżeli opozycja nie pójdzie po rozum do głowy i nie spróbuje złapać postkomunistów na gorącym uczynku, to manewr Łukaszenki wejdzie do historii jako tandetna analogia z pułapką Śląska Cieszyńskiego. Gdy Cimoszka prowadzi nas na Mińsk, to pamiętajmy, że ofiary jego ojca zatrzymywały się dopiero na Syberii.


Krzysztof Wyszkowski