
![]()
Zaostrza się rywalizacja Rosji, Chin i Stanów Zjednoczonych w rejonie Morza Kaspijskiego i Azji centralnej
Kaspijska Straż Ameryki
Po serii spektakularnych sukcesów polityki amerykańskiej w rejonie Kaukazu i Azji Centralnej przyszła kolej na mocne kontrposunięcie Rosji. Za jej namową i przy jej wsparciu satrapa Uzbekistanu dał Amerykanom czas do końca roku na opuszczenie kluczowej dla US Army bazy wojskowych na terytorium republik środkowo-azjatyckich. Waszyngton ma niespełna 4 miesiące na znalezienie wyjścia, które pozwoli mu zachować twarz, a przede wszystkim zabezpieczy amerykańskie interesy w rejonie Morza Kaspijskiego po uruchomieniu ropociągu Baku-Tibilisi-Ceyhan.
Wojska amerykańskie stacjonują w Uzbakistanie i Kirgistanie od jesieni roku 2001. Po zamachach z 11 września USA wystosowały ultimatum do reżimu Talibów w Kabulu a po jego odrzuceniu dokonały inwazji na Afganistan przy wsparciu sił rebelianckich z byłych republik środkowo-azjatyckich ZSSR.
Wbrew złowieszczym oczekiwaniom wojna przyniosła szybkie zwycięstwo sił interwencyjnych. Główne ośrodki polityczne i gospodarcze kraju zostały opanowane i zabezpieczone przez nowy rząd, który do dziś dnia w walce z partyzantką wspierany jest przez siły NATO (w Afganistanie na łączną liczbę około 5000 żołnierzy najliczniejsze kontyngenty wystawiły: Francja, Włochy, Niemcy i Wielka Brytania).
Przystępując do rozprawy z zanarchizowanym reżimem islamskich fundamentalistów Amerykanie potrzebowali stabilnej bazy logistycznej na głównych kierunkach uderzeń lotniczych i lądowych. Najcenniejszymi sojusznikami były skonfliktowane z reżimem w Kabulu republiki środkowo-azjatyckie, które ponadto w naturalny sposób sprzyjały Amerykanom z dwu powodów:
l Amerykanie regularnie płacą za swoją obecność a dochody z tego tytułu istotnie wpłynęły na kondycję budżetu państw beneficjantów pomocy,
l wchodząc do Uzbekistanu i Kirgistanu stawali się trzecim, niezależnym od poprzednich, graczem zabiegającym o przychylność środkowo-azjatyckich dyktatur, co owym dyktaturom dawało większą swobodę manewru wobec silnych sąsiadów: Rosji i Chin.
Od protektoratu Rosji...
Kraje środkowo-azjatyckie do roku 2001 gospodarczo i politycznie były w pełni uzależnione od Rosji. Rosja de facto broniła ich granic (a nawet bezpieczeństwa na głównych, wewnętrznych szlakach komunikacyjnych) przed penetracją kraju przez islamskich radykałów. I jak to Rosja ma w zwyczaju, z misji tej wywiązywała się wyjątkowo nieskutecznie.
Rosja była i pozostaje głównym odbiorcą lub pośrednikiem w handlu bogactwami naturalnymi, których złoża posiadają Kazachstan, Uzbekistan i Turkmenistan. Wprawdzie z powodu słabości wewnętrznej i ekonomicznej Moskwie brakowało innych, znaczących środków nacisku na byłe republiki sowieckie od czasu rozpadu ZSSR, to i tak te którymi dysponowała w pełni wystarczały do sprawowania nieograniczonej kontroli nad państwami wasalnymi. Militarna obecność zabezpieczała kluczowy dla Kremla i byłych republik – monopol Moskwy na handel środkowo-azjatyckim gazem i ropą. Surowce te były głównym źródłem utrzymania tamtejszych dyktatur i głównym źródłem zysków ekonomicznych oraz politycznych Rosji.
Nie można zapominać, że zakupywane po zaniżonych cenach w Azji środkowej surowce Moskwa sprzedawała po preferencyjnych cenach innym republikom post-sowieckim w których mamy do czynienia z deficytem surowcowym (jak Białoruś, Ukraina, Mołdawia). Kreml często w sporach z władzami byłych republik posługiwał się argumentem, że, owszem domaga się politycznych koncesji, ale w zamian daje tanie surowce, bez których gospodarki byłych republik nie byłby w stanie funkcjonować.
Problem w tym, że gdyby nie pośrednictwo Rosji, to i bez godzenia się na moskiewską zwierzchność, kraje takie jak Ukraina czy Białoruś mogłyby nabywać tańsze surowce od Kazachstanu, Turkmenistanu czy Azerbejdżanu. A cena za surowiec jaki uzyskałyby bez pośrednictwa Rosji republiki środkowej Azji i wschodniego Kaukazu była by dla nich korzystniejsza.
...po protektorat rosyjsko-chiński
Po upadku Rosji Sowieckiej do walki o wpływy w Azji centralnej włączył się Pekin, z zamiarem uzyskania dostępu do środkowo-azjatyckich złóż gazu i ropy naftowej (niedobór surowców naturalnych jest jednym z najpoważniejszych, długofalowych zagrożeń dla chińskiej gospodarki).
Ponadto Rosja i Chiny chciały poprzez współpracę wojskowo-gospodarczą w Azji centralnej ograniczyć penetrację tego obszaru przez ruchy fundametalistyczne, które godziły w integralność terytorialną obu państw (separatyzm czeczeński na obszarze Federacji Rosyjskiej i separatyzm ujgurski w Chinach).
Celom tym służyło powołanie w roku 1996 do życia organizacji regionalnej, przemianowanej w roku 2001 na Szanghajską Organizację Współpracy (SOW) skupiającą obok Rosji i Chin, republiki środkowo-azjatyckie: Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan i Uzbekistan.
Ten ostatni długo sprzeciwiał się członkostwu w tzw „szanghajskiej piątce“ a po serii incydentów zbrojnych z udziałem fundamentalistycznej partyzantki w latach 1999-2000 ponownie zdystansował się od współpracy w ramach SOW. WładzeUuzbekistanu szczególnie ostro krytykowały Rosję za jej nieskuteczność w zapobieganiu działaniom bojówek islamskich.
Szanghajska Organizacja Współpracy była formalnym wyrazem stosunków panujących w tym regionie, który został objęty faktycznym protektoratem Moskwy i Pekinu. Rosja zmonopolizowała eksport surowców z Azji centralnej i dawała zawodne gwarancje bezpieczeństwa, Chiny zaś zwiększały pomoc i współpracę gospodarczą dążąc do budowy rurociągów, które zaopatrywały by w surowce ich własną gospodarkę.
Państwa środkowo-azjatyckie godziły się na ów protektorat z jednego zasadniczego powodu: rządzące nimi krwawe dyktatury nie były w stanie obronić się przed opozycją – w szczególności zbrojną opozycją islamską – bez ponadregionalnej współpracy wojskowej i wywiadowczej. Współpraca w tej dziedzinie przebiegała jednak niemrawo. Stąd częsta krytyka bierności SOW przez poszczególne rządy republik środkowo-azjatyckich.
Wielki gracz zza Atlantyku
Sytuacja zmieniła się zasadniczo po 11 września 2001 roku. Do gry o stabilizację w regionie włączyły się Stany Zjednoczone. Instalując tu swoje bazy i rozprawiając się z Talibami (którzy wspierali bojówki dokonujące ataków terrorystycznych w państwach Azji centralnej) Amerykanie stali się cennym partnerem dla rządów Uzbekistanu i Kirgistanu.
Także Kazachstan, Tadżykistan i Turkmenistan były zainteresowane współpracą z USA, gdyż w ślad za amerykańską obecnością szła też wymierana pomoc finansowa, wojskowa wreszcie poparcie polityczne ze strony „jedynego supermocarstwa“.
Rosja i Chiny natychmiast podjęły szereg działań mających osłabić amerykańskie wpływy. Między innymi dokonano od dawna oczekiwanego sformalizowania struktur SOW, przekształcając ją w pełnoprawną organizację międzynarodową. Powołano do życia sekretariat, zapowiedziano utworzenie postulowanych od początku istnienia organizacji regionalnych sił anty-terrorystycznych. Pekin zwiększył ponadto zasadniczo pomoc gospodarczą dla poszczególnych republik.
Mimo tych zabiegów rosyjsko-chińskiego duetu Amerykanie pozostawali przez kolejne 3 lata najcenniejszym sprzymierzeńcem środkowo-azjatyckich dyktatur.
Niezręczni sojusznicy
Gdy US Army rozbiło swoje obozy w Uzbekistanie i Kirgistanie do amerykańskiej opinii publicznej docierać poczęły bulwersujące informacje o sposobie sprawowania władzy przez tutejsze rządy z którymi Ameryka podjęła współpracę wojskową i polityczną. Wniosek był oczywisty: jeśli nasz rząd zamierza nadal współpracować z tymi państwami musi wpłynąć na ich demokratyzację a pomoc musi być kierowana nie tylko do rządów ale też do umiarkowanej opozycji.
I tak też się stało. Amerykańskie fundacje i organizacje pozarządowe zaczęły wspierać opozycję oraz pomagały przy organizacji pierwszych na tym obszarze, niezależnych mediów.
Już samo to wystarczyło by dobre relacje Waszyngtonu z Taszkentem i Biszkekem zepsuć. Czara goryczy przelała się, gdy do Azji centralnej dotarła fala „kolorowych rewolucji“, która przelała się przez byłe republiki sowieckie.
W marcu tego roku doszło do zamachu stanu w Kirgistanie. Dotychczasowy dyktator Askar Akajew został odsunięty od władzy przez swoich byłych współpracowników. W przeciwieństwie do bezkrwawych przewrotów w Gruzji i na Ukrainie, w stolicy Kirgistanu – Biszkeku polała się krew i zagościła anarchia.
Kilka tygodni później do wyjątkowo okrutnego stłumienia protestów społecznych doszło w Uzbekistanie. Reżim Islama Karimowa wykorzystał zajścia uliczne do rozprawienia się z opozycją. Organizacje demokratyczne potraktował na równi z bojówkami fundamentalistów islamskich, delegalizując je a działaczy poddając represjom.
Uzbecki przełom
Choć w pierwsze reakcje oficjalne Waszyngtonu na wydarzenia w Uzbekistanie były powściągliwie, to organizacje pozarządowe a także przedstawiciele komisji senackich stanowczo domagali się rzetelnego śledztwa w sprawie tragicznych zajść. W końcu takze rząd USA zażądał przeprowadzenia niezależnego, międzynarodowego śledztwa. W odpowiedzi władze uzbeckie wprowadziły ograniczenia utrudniające Amerykanom swobodne korzystanie z baz. Zaś reżim Karimowa, wspierany politycznie przez Rosję, uniemożliwił wyjaśnienie przebiegu wydarzeni a także ustalenie faktycznej liczby ofiar brutalnej akcji sił bezpieczeństwa Uzbakistanu.
W konflikcie tym dała o sobie znać zasadnicza różnica między USA a „alternatywnymi potęgami“ - jak Rosja czy Chiny. Oba te to wciąż autorytarno-dyktatorskie reżimy zwalczające wolność słowa, opozycję, łamiące bezkarnie prawa człowieka. Mogą sobie pozwalać na popieranie najbardziej nawet odrażających satrapów, bez negatywnych konsekwnecji w polityce wewnętrznej.
Ameryka tymczasem musi, choćby w ograniczonym zakresie, liczyć się z własną i światową opinią publiczną. Ignorowanie głoszonych przez siebie standardów już przy okazji pierwszego poważniejszego kryzysu zmusza władze w Waszyngtonie do korekty polityki pod naciskiem opinii publicznej.
Rosja i Chiny wypraszają Amerykanów
Lęk przed utratą władzy a przede wszystkim niezrozumiała dla środkowo-azjatyckich satrapów konieczność rozliczenia się ze swoich działań (takich jak zbrodnicze użycie siły przeciwko obywatelom lub opozycji politycznej) po raz kolejny zbliżyło tutejsze rządy do Rosji i Chin. Ani Moskwa, ani Pekin nie pytały bowiem Karimowa o przebieg zajść, udzieliły mu bezwarunkowego poparcia w zmian za wyrzucenie Amerykanów z bazy lotniczej w Karszi-Chanabadzie.
Do działania włączyła się równieże Szanghajska Organizacja Współpracy. Po zajściach w Uzbekistanie ustalono, że na najbliższym, lipcowym szczycie organizacji SOW zajmie się sprawą amerykańskiej obecności w regionie. W połowie lipca 2005 poszczególnie członkowie SOW wezwali USA do określenia daty ich wycofania się z baz w Uzbekistanie i Kirgistanie.
Szef połączonych sztabów armii USA, generał Richard Myers odrzucił to swoiste ultimatum twierdząc, że militarna obecność Stanów Zjednoczonych dodatnio wpływa na poziom bezpieczeństwa i stabilności w Azji centralnej, a wobec tego wycofanie wojsk amerykańskich nie byłoby uzasadnione.
Myers skomentował deklaracje szczytu SOW następująco: Nie, nie sądzę, aby szanghajskie memorandum, komunikat czy jakkolwiek to nazwiemy było szczególnie pożyteczne. Dla mnie wygląda to tak, jakby dwa wielkie kraje próbowały zastraszyć mniejsze państwa. Tak to widzę. Generał dodał, że USA mają wiele do zaoferowania regionowi: Bezpieczeństwo i stabilność w Azji Środkowej to ważna idea, a ci, którzy chcą je zapewnić, powinni być witani z otwartymi ramionami.
Surowce i polityka globalna
Celem obecności sił USA w państwach Azji Centralnej jest nie tylko walka z afgańskimi Talibami, ale przede wszystkim stabilizacja sytuacji w regionie. Amerykanie chcieliby rozszerzyć możliwości nowo-powstałego ropociągu Baku-Tbilisi-Ceyhan (BTC) uzyskując dostęp do złóż ropy, a w przyszłości także gazu w republikach Azji centralnej.
Zabezpieczenie szlaków tranzytu surowców z Kazachstanu, Uzbekistanu i Turkmenistanu do Turcji lub w rejon Morza Czarnego wymaga, wedle Waszyngtonu, stałej obecności sił amerykańskich na tym obszarze.
Rosjanie, którzy wydawali się do niedawna głównymi gwarantami stabilności regionu, ze swoich zobowiązań nie są w stanie się wywiązać. Jeśli Moskwa nie potrafi uszczelnić granic w Dagestanie czy Czeczenii, to tym bardziej nie będzie zdolna zapewnić stabilności rozległym obszarom Azji centralnej.
Tworząc euro-atlantycką alternatywę dla ropy z rejonu Morza Kaspijskiego oraz środkowo-azjatyckiego gazu Amerykanie chcą zapewnić sobie kolejne, niezależne źródło zaopatrzenia w surowiec. Równocześnie tym sposobem chcą ubiec Pekin, który nerwowo poszukuje źródeł ropy i gazu alternatywnych wobec dostaw z Rosji i rejonu Zatoki Perskiej.
Gaz i ropa z Azji Centralnej stanowią jedyne niewykorzystane źródło niezależnego od Rosji i OPEC zaopatrzenia w surowce światowej gospodarki. Państwa regionu są zainteresowane alternatywnymi wobec Rosji szlakami tranzytowymi. Same nie mają środków by tego typu inwestycję zrealizować. Nie mają też politycznej swobody by to uczynić będąc poddanymi militarnej presji Kremla.
Tę sytuację chcą wykorzystać Amerykanie przede wszystkim ubiegając Chińczyków i pozbawiając Rosję siłeowej kontroli nad tym obszarem.
Uzbekistan wygania US Army
Dla reżimu Karimowa w Uzbekistanie większego (niż gospodarczo-strategiczne korzyści ze współpracy z USA) znaczenia nabrała w chwili obecnej stabilność dyktatury. Karimow wychodzi z pragmatycznego założenia: z Ameryką na dłuższą metę i tak nie sposób się dogadać bez „demokratyzacji“, która oznacza koniec dyktatury. Drugie główne zagrożenie dla jego rządu to islamski fundametalizm ze zwalczania którego USA i tak nie zrezygnuje. Obecność i zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w projekt ropociągu BTC, tak czy inaczej, osłabi nacisk fundametalistów, lub odsunie ich uwagę od Uzbekistanu. Zatem lepiej trzymać z Rosją, która godzi się na krwawą dykaturę w zamian za wasalną podległość, niż z niebezpieczną dla tej dyktatury Ameryką.
W ślad za ultimatum SOW poszły więc decyzje polityczne władz w Biszkeku. 26 sierpnia izba wyższa parlamentu Uzbekistanu jednogłośnie opowiedziała się za likwidacją bazy lotniczej Karszi-Chanabad.
Senatorzy umotywowali swoją decyzję względami „ekologicznymi i zdrowotnymi“, powołując się na „szkody jakie wyrządza lądowanie ciężkich samolotów amerykańskich“ (śmieszność tej argumentacji nie wymaga chyba szczególnego komentarza, wystarczy porównać stan dewastacji środowiska naturalnego w byłych bazach rosyjskich na terenie Polski, czy ten udokumentowany przez niezależnych dziennikarzy rosyjskich a ukazujący warunki sanitarne i bezpieczeństwa w dzisiejszych bazach rosyjskich na całym obszarze ich występowania, a zatem również w Azji centralnej).
Konieczność opuszczenia kluczowej w tym rejonie dla Amerykanów bazy lotniczej została przesądzona. Powstaje zatem pytanie co w zamian?
Nowe lokalizacje: Turkmienistan...
Choć wojna w Afganistanie zeszła na dalszy plan w amerykańskiej polityce, Waszyngtonowi wciąż zależy na pozostaniui w Azji centralnej. Najkorzystniejszym z tego punktu widzenia partnerem jest Turkmenistan.
Jak poinformowała w końcu sierpnia rosyjska agencja informacyjna Interfax w dniach 22-24 sierpnia w stolicy Turkmenistanu Aszchabadzie gościł Szef Centralnego Dowództwa wojsk USA gen. John Abizaid. Spotkał się on z prezydentem Saparmuradem Nijazowem oraz z ministrem obrony i dowódcą pograniczników.
Rozmowy dotyczyły rozwoju współpracy w zapewnieniu stabilności i bezpieczeństwa w regionie, w ochronie granic, w walce z terroryzmem i narkobiznesem oraz udziału Turkmenistanu w odbudowie Afganistanu i budowy trans-afgańskiego gazociągu. Choć oficjalnie obie strony temu zaprzeczyły to według agencji (powołującej się na źródła dyplomatyczne USA) przedmiotem rozmów było też utworzenie na terytorium Turkmenistanu baz amerykańskich w rejonach graniczących z Afganistanem i Iranem.
Dla US. Army byłaby to lokalizacja wręcz idealna, zarówno, gdy idzie o Afganistan i wzmożoną presję na Iran, jak też z uwagi na długofalowe plany ustabilizowania pod egidą USA regionu Morza Kaspijskiego.
Niestety, jest też pewna poważna niedogodność takiej lokalizacji. Reżim Saparmurada Nijazowa to najbardziej brutalna z post-sowieckich dyktatur. Sam Nijazow otoczony został wzorowanym na Stalinie kultem jednostki – a to oznacza, że wszelkie próby „demokratyzowania“ Turkmenistanu zakończą się zerwaniem sojuszu i kolejną przeprowadzką.
...a jeszcze lepiej Azerbejdżan
Inną, bardziej defensywną lokalizacją dla przenoszonych z Uzbekistanu wojsk jest Azerbejdżan. Amerykanie tak czy inaczej postanowili już zwiększyć swoje zaangażowanie w bezpieczeństwo tego kraju, kluczowego dla ropociągu BTC.
Kilka miesięcy temu zaproponowali powołanie specjalnej „Straży Kaspijskiej“ złożonej z przeszkolonych przez USA do ochrony antyterrorystycznej ropociągu żołnierzy azerbejdżańskich, gruzińskich i tureckich. Następnie Pentagon postanowił przeznaczyć 130 mln dolarów w najbliższych 6 latach na system „Caspian Guard“, w ramach którego poza szkoleniem żołnierzy przewiduje się:
l budowę punktów dowodzenia w Azerbejdżanie i Kazachstanie
l oraz odrębnych centów dowodzenia operacjami w powietrzu i na morzu.
Amerykański specjalista wojskowy ppłk Scott Switzer zajmujący się koordynacją tego projektu wyraził przekonanie, że w przyszłości inicjatywa „Caspian Guard“ będzie rozszerzona terytorialnie (nie wskazując, o jakie kraje może chodzić).
Analiza tych planów pozwala domniemywać, że „Caspian Guard“ stanowi punkt wyjścia dla powstającego pod egidą USA systemu bezpieczeństwa obejmującego wychodzące spod rosyjskiej zależności kraje Kaukazu i Azji Centralnej.
Budowa niezależnego od Kremla i Pekinu systemu bezpieczeńswa będzie wymagała czasu i (co pokazuje przykład Uzbekistanu) trzeba liczyć się z szeregiem porażek. Jednak angażując się w tranzyt ropy z rejonu Morza Kaspijskiego Amerykanie z obranej drogi działania z pewnością szybko nie zrezygnują.
Tylko co z Alijewem?
Główny analityk Centrum Technologii i Polityki Bezpieczeństwa Narodowego Uniwersytetu Obrony Narodowej USA Michael Baranik tak opisuje obecną sytuację w jakie znaleźli się Amerykanie: Terytoria pod bazy są dla nas koniecznością - cytuje Baranika agencja „AzerTAdż”. – Jeśli w ciągu 180 dni mamy porzucić Uzbekistan, to ktoś powinien nadać impuls rozmowom o rozmieszczeniu baz w Azerbejdżanie. Jeśli wziąć pod uwagę nasze obecne stosunki z tym krajem i to, że jest naszym sojusznikiem w ważnym regionie, to Azerbejdżan okazuje się idealnym wyborem dla baz.
Amerykanie sprawili, że powstał życiodajny dla Azerbejdżanu ropociąg BTC, wspierają Baku w sporze z pro-rosyjską Armenią o Górny Karabach, udzielają państwu wsparcia wojskowego i finansowego. Mimo to współpraca w ostatnich miesiącach nie układa się najlepiej.
Azerbejdżan podobnie jak wszystkie poza Gruzją państwa regionu jest rządzony przez skorumpowaną, na poły przestępczą dyktaturę. Mowa o rodzinie Alijewów. Senior rodu, były oficer KGB oddała władzę swemu synowi w sposób niekonstytucyjny, a sfałszowane wybory korzystne dla Ilhama Alijewa zakończyły się represjami wobec opozycji.
Na listopad tego roku rozpisano wybory parlamentarne, które klan Alijewów z pewnością zechce ponownie sfałszować. Amerykańska obecność, czy nadmierna kontrola międzynarodowych obserwatorów na wyborami mogła by skomplikować działania wiernej klanowi służby bezpieczeństwa.
Ponadto po wydarzeniach w sąsiedniej Gruzji oraz Kirgistanie i Uzbekistanie klan Alijewów (za którym stoją wyrosłe z czasów ZSSR służby bezpieczeństwa) ma prawo obawiać się pro-demokratycznego przewrotu na jesieni. Nie dziwi zatem, że Ilham Alijew w udzielonym 31 sierpnia br. wywiadzie dla brytyjskiej stacji telewizyjnej Sky News stanowczo oświadczył, że Baku i Waszyngton nie prowadzą żadnych rozmów na temat rozmieszczenia baz USA w Azerbejdżanie. Według Alijewa dyslokacja jakiejkolwiek zagranicznej bazy na terytorium republiki nie sprzyjała by jej bezpieczeństwu.
Metoda kija i marchewki
Amerykanie nie zamierzają jednak złożyć broni. Wycofanie stacjonujących w Uzbekistanie wojsk poza region Morza Kaspijskiego oznaczałby prestiżową porażkę Waszyngtonu. Operacja taka wiązała by się z wysokimi kosztami... a ostatecznie i tak trzeba ty tu powrócić, jeśli w latach kolejnych Stany Zjednoczone utrzymają dotychczasową linię posunięć strategicznych wobec Azji centralnej i państw Kaukazu. A wiele wskazuje na to, że ją utrzymają.
Odpowiedź na chłodne przyjęcie Alijewa jest dwojakiego rodzaju. USA intensyfikują swoje starania o pozytywne dla Baku rozwiązanie konfliktu z Armenią (co procentuje sympatią do Waszyngtonu wśród zwykłych Azerbejdżan i pro oraz anty-prezydenckich sił politycznych).
Z drugiej strony Waszyngton stara się też naciskać na Baku wytykając rządowi Alijewa nieskuteczność w zapobieganiu tranzytowi narkotyków i broni przez Azerbejdżan, którego dokonują islamskie grupy terrorystyczne kursujące pomiędzy Iranem a Federacją Rosyjską.
Wspomniany już tu Scott Switzer w rozmowie dla „Stars and Stripes” (oficjalnego dziennika Departamentu Obrony USA) stwierdził, że ochrona zasobów kaspijskich nie jest głównym zadaniem USA w regionie a jedynie częścią globalnej strategii. Podstawowa idea – to chronić regionalną stabilność. Głównym powodem tworzenia „Straży Kaspijskiej“ jest konieczność walki z terroryzmem. Azerbejdżan leży między Rosją a Iranem. Jeśli pociagnięcie między nimi linię, zrozumiecie, że Azerbejdżan jest kluczowy dla szlaków terrorystów.
W tym samym periodyku przedstawiciel wydziału EUCOM ds. walki z narkoterroryzmem Tom Loman przedstawia taką opinię na temat problemów Morza Kapsijskiego: Teraz, z dość mało precyzyjnej informacji wywiadowczej, wynika, że przez morze lub na terytoriach nad nim leżących przechodzą szlaki przemytu narkotyków. Im więcej będziemy szukać, tym więcej, myślę, że tam znajdziemy.
Cóż, panie Alijew, czy warto nosić miano sprzymierzeńca terrorystów?
Artur Rojek