Po wyborze Józefa Ratzingera - Benedykta XVI

To samo, lecz inaczej


Mamy za sobą pierwsze dni pontyfikatu Benedykta XVI. Niewątpliwie są one trudne dla niego samego przede wszystkim ze względu na ciężar przyjętego urzędu, ale także – po ludzku rzecz biorąc – ze względu na pamięć o jego poprzedniku – Janie Pawle II, do którego jest i będzie wciąż porównywany i według którego będzie oceniany. Trzeba wielkiej odwagi i pokory, aby podjąć się sprawowania Urzędu Piotrowego po takim Poprzedniku. Dni te są również trudne dla Polaków – radość z wyboru nowego papieża nie może być pełna. Pamięć o stracie jest zbyt bolesna – płaczemy nad sobą i nad dziećmi naszymi, bo ten czas niezwykły, wyjątkowy w dziejach Polski, już się skończył. Zostaliśmy sami, w cieniu naszych swarów i małości, niepewni, czy potrafimy dobrze wypełnić posłannictwo, które On nam zostawił, czy zbyt szybko nie zapomnimy Jego słów, czy nie zbanalizujemy Jego świadectwa, zamieniając je na uroczystości, pomniki i kopce, “zapominając” zmienić nasze życie – osobiste i społeczne.


Ból i smutek nie mogą trwać wiecznie, ale pamięć – tak. Jednym z Jego wielu przesłań było budowanie naszej polskiej tożsamości – poszerzanie jej i pogłębianie. Nikt więcej nie zrobił dla “promocji” Polski w świecie. Nawet Jego życiorys „tak się ułożył”, że można z niego uczynić lekcję historii Polski. Najważniejsze jest jednak to, że przywracał nam świadomość wrośnięcia w historię narodu - nie bez związku z tym możemy teraz obserwować odradzanie się patriotyzmu, także wśród młodych ludzi. Choć dla nich rzekomo patriotyzm miał być już tylko pustym hasłem, a jednak ożył - na razie bardziej jako intuicyjna i spontaniczna reakcja niż dojrzała postawa.


Ten czas się skończył


Rozumieliśmy Go tak jak chyba żaden inny naród na świecie. Czy teraz my sami będziemy potrafili – tak jak On – tłumaczyć innym nasze problemy tak, aby stawały się ważne dla innych, dla każdego człowieka, abyśmy nie ugrzęźli w naszej “odmienności”, “niezrozumiałym romantyzmie”, czy cierpiętnictwie narodowym – abyśmy w naszych narodowych tragediach byli zdolni dostrzec nie wyłącznie klęski i beznadziejność, lecz nadzieję i zapowiedź trudnego zmartwychwstania. On sprawił, że polskość stała się dla świata trochę bardziej zrozumiała, więcej – dla niektórych nawet atrakcyjna.

Ten czas się skończył. Trudno w takiej chwili o entuzjazm z okazji wyboru nowego papieża, można zrozumieć tych, którzy wciąż nie zdejmują przewiązanych kirem flag narodowych czy papieskich. Ten smutek jest potrzebny, bo wprawdzie życie idzie swoim torem, ale żal ma też wymiar transcendentny – pokazuje, że są ludzie NIEZASTĄPIENI i chwile, które się już w dziejach nie powtórzą. Trzeba je zachować w sercu - tak jak pamięć ojca i matki.


Papież z Niemiec


Nie oszukujmy się, że teraz będzie łatwiej – bo nie będzie. Może za to będziemy bardziej dojrzali – tak jak dzieci dojrzewają po śmierci ojca. To wszystko nie znaczy przecież, że mamy zanurzyć się i zagubić we własnym żalu. Mamy nowego papieża. Jest inny niż Ten, którego znaliśmy. Pochodzi z innego kraju - z Niemiec. Dla Polaków to pochodzenie ma jeszcze dodatkową wymowę – można powiedzieć, że znowu zostaliśmy wywołani do tablicy historii – czy potrafimy temu sprostać? To nie wejście do Unii Europejskiej, ale dopiero wybór kard. Józefa Ratzingera jest prawdziwym wyzwaniem dla budowania wzajemnych relacji między Niemcami i Polakami (zwłaszcza dla pokolenia pamiętającego II wojnę światową – czym jest ten wybór dla samych Niemców, to zupełnie inna sprawa).


Przyjąć odmienność


Z tych względów zrozumiała jest życzliwość, nadzieja, wsparcie dla nowego papieża – natomiast entuzjazm mógłby w Polsce zabrzmieć fałszywymi tonami. Należy wybrać drogę trudniejszą – przyjąć inność Benedykta XVI, nie porównywać go wciąż z Janem Pawłem II. Nie przez zapomnienie, ale ze świadomością, że istnieje wyłącznie Kościół Jezusa Chrystusa, a nie ma “Kościoła Jana Pawła II”, tak jak nie będzie “Kościoła Benedykta XVI”. Potrzeba więcej pamięci o tym, co było, i więcej pokory wobec tego, co będzie. Pontyfikat Benedykta XVI może stać wielką szansą dla Polaków właśnie przez swą odmienność. Może pomóc przezwyciężyć nasze słabości, które utrudniają właściwe przyjęcie wiary i banalizują chrześcijaństwo.

Mówi się, że nowy papież jest powściągliwy. Może jednak ta powściągliwość pomoże zrozumieć, że emocje nie tylko wyrażają się “na zewnątrz”, nie służą wyłącznie “wyrzuceniu ich z siebie”, ale mogą także sięgać do głębi samego człowieka, umacniając jego postawę i ożywiając wiarę? Może pozwolą zrozumieć, że duchowość czy miłość mogą mieć także inny kształt, pozbawiony słowiańskiego sentymentalizmu. A czy klarowny wykład teologiczny i jasne przedstawienie granic prawowierności katolickiej nie jest potrzebne tym wszystkim, którzy sądzą, że “teologia jest dla teologów” i skupiają się na wyłącznie na obrzędowości oraz pielęgnowaniu religijnych obyczajów? I czy nie do nas również jest skierowane wezwanie samego Benedykta XVI kiedy mówi: “W wierze nie możemy pozostawać dziećmi, osobami niedojrzałymi”? Warto w świetle tych słów ocenić nasz polski katolicyzm.


Lepiej rozumieć


Dla Kościoła w Polsce kard. Ratzinger jako papież może uczynić jeszcze jedną wielką przysługę. Może nam pomóc lepiej zrozumieć Jana Pawła II. Właśnie przez to, że jego interpretacja jest inna, może nie pasować do naszych schematów i przyzwyczajeń, które powtarzamy, nie zawsze potrafiąc wyjść poza mało zrozumiałe ogólniki. Mówi to samo, lecz inaczej – i to właśnie jest cenne. Może odkryjemy w ten sposób to, co mówił Jan Paweł II a czego myśmy nie pojęli, ani nawet nie zauważyli, zbyt zajęci przeżywaniem Jego obecności, współodczuwając z Jego polskością. Podam jeden przykład. Jan Paweł II powierzył Polakom rozpowszechnianie w świecie kultu Bożego Miłosierdzia. Nie wolno jednak tego kultu sprowadzać do sentymentalizmu. Przestrzegają przed tym słowa wypowiedziane przez kard. Ratzingera 18 kwietnia:

Miłosierdzie Chrystusa nie jest tanim aktem łaski, nie oznacza banalizacji zła. Chrystus dźwiga w swym ciele i na swej duszy cały ciężar zła, całą jego niszczycielską siłę”.

Wezwaniem do poważnego traktowania wiary są słowa o “świętym niepokoju”. Można je uznać za sprzeciw wobec taniego, naiwnego optymizmu, czerpiącego swe uzasadnienie z niedostrzegania problemów świata. Józef Ratzinger jest teologiem prawdy - może właśnie dzięki niemu lepiej zrozumiemy to, co o prawdzie mówił Jan Paweł II, a co tak bardzo bulwersowało świat. Właściwą odpowiedzią na przyjaźń i współpracę Jana Pawła II z kard. Józefem Ratzingerem byłoby odczytywanie przesłania Benedykta XVI w duchu Jana Pawła II i dopełnienie myśli Jana Pawła II spojrzeniem Benedykta XVI. Ci dwaj papieże są na tyle różni, aby był to trud owocny, a na tyle bliscy sobie, aby warto było go podejmować.


Słudzy nieużyteczni


Benedykt XVI podkreślał, że chce kontynuować drogę Jana Pawła II, a zarazem pokazał, że zamierza to robić na swój własny sposób - już choćby przez sam wybór imienia.

Tę jedność – w odmienności obydwu papieży - ukazują najlepiej słowa, którymi oni sami określili swoją papieską misję.

Moim prawdziwym programem jest to, by nie realizować swojej własnej woli, nie kierować się swoimi ideami, ale wsłuchiwać się z całym Kościołem w słowo i w wolę Pana oraz pozwolić się Jemu kierować, aby On sam prowadził Kościół w tej godzinie naszej historii - mówił Benedykt XVI w homilii wygłoszonej podczas Mszy świętej inaugurującej pontyfikat. Warto zestawić te słowa z wyznaniem Jana Pawła II z jego “intelektualnego testamentu” – książki “Pamięć i tożsamość”:

Słudzy nieużyteczni... Świadomość “nieużytecznego sługi” jest we mnie coraz silniejsza wśród tego wszystkiego, co się wokół mnie dzieje – i myślę, że mi z tym dobrze.


Witold Starnawski