
![]()
Kieres o dokumentach IPN na temat kard. Wojtyły
Nieodpowiedzialność czy manipulacja?
IPN posiada dokumenty, które „zawierają bardzo bolesne informacje dla Ojca Świętego" – powiedział 19 kwietnia szef IPN prof. Leon Kieres. Tak dwuznacznie sformułowana wypowiedź nie została sprostowana, a w następnych dniach Kieres dodawał nowe elementy, które dawały podstawę do kolejnych spekulacji i domysłów.
W wypowiedzi dla Radia Zet Kieres mówił: "Jeszcze jest pewna partia dokumentów, nieznanych nawet historykom Instytutu Pamięci Narodowej, dokumenty, które zawierają bardzo bolesne dla nas wszystkich, ale zawierają bardzo bolesne informacje dla Ojca Świętego". Nie podał żadnych nazwisk: "Są nazwiska - tylko tyle mogę powiedzieć".
Wiedział od czterech lat
Kieres wyjaśnił, że o "bardzo bolesnych dokumentach" wiedział od czterech lat. - Uważałem, że wiarygodność informacji znajdujących się w tych dokumentach musi być sprawdzona zanim opinia publiczna dowie się o nich – tłumaczył się Kieres. Poinformował także, że w tym roku ukażą się nowe publikacje dotyczące inwigilacji Wojtyły: w tym wybór dokumentów UB i SB oraz książki oparte na nieznanych dotąd dokumentach. "Gazeta Wyborcza" z 21 kwietnia powtarzając informację Kieresa dodawała, że chodzi o nazwiska osób z bliskiego otoczenia kard. Karola Wojtyły, które współpracowały z SB w czasach, gdy był on metropolitą krakowskim. Zbigniew Siemiątkowski, który kierował UOP na przełomie 2001 i 2002 r. powiedział, że przekazał IPN kilkanaście teczek: - Były to materiały dotyczące osób z krakowskiego otoczenia Karola Wojtyły. Przekazując je prezesowi Kieresowi, prosiłem, żeby maksymalnie ograniczył do nich dostęp – mówił GW.
Jakieś taśmy, jakieś osoby
"Życie Warszawy" powołując się na szefa IPN podaje kolejne „informacje” – tym razem mają to być „znani księża”, którzy „donosili specsłużbom przez lata”. Gazeta podaje również, że Kieres otrzymał od „tajemniczych osób kilka kaset magnetofonowych, na których jeden z informatorów zdaje raport prowadzącemu go agentowi SB” Ma tu chodzić o „bardzo znanego księdza, bliskiego Ojcu Świętemu”. Kieres zaś kontynuuje swoje tajemnicze wynurzenia: - Od razu rozpoznałem głos osoby donoszącej na Karola Wojtyłę. Nie ujawnię żadnych nazwisk – mówił. Przy okazji media przypomniały pogłoskę jakoby w latach 80. służbom specjalnym udało się wprowadzić do Watykanu agenta. Miał nim być Polak pracujący na zlecenie STASI.
Donos na ks. Malińskiego
21 kwietnia „Gazeta Wyborcza” podejmuje nowy wątek składając donos. Pisze ona: Z informacji «Gazety» wynika, że w materiałach SB, o których wspominał prof. Kieres, pojawia się nazwisko przyjaciela Karola Wojtyły, ks. prof. Mieczysława Malińskiego. Ta sprawa nabiera własnego biegu. Od tej pory punkt ciężkości przesuwa się w mediach z osoby kard. Wojtyły, na ks. Malińskiego. Ten ostatni przyznał w programie „Prosto w oczy” Moniki Olejnik, że w latach 80. rozmawiał z oficerami SB, którzy podawali się za urzędników Wydziału Paszportowego. - Nie podpisywałem deklaracji o współpracy, nie brałem pieniędzy. Tłumaczę się, bo miałem z nimi kontakty. Donoszenie to jest dopiero słowo przeklęte - mówił ks. Maliński. Pytany, dlaczego rozmawiał z SB, powiedział: - Realizowała się moja idea, żeby rozmawiać z trudnymi ludźmi. (...). Mówiłem (SB) o tym, że Papież mówi o godności człowieka, że Papież mówi o braterstwie międzyludzkim, przebaczaniu, miłości.
Prezes IPN Leon Kieres, który także uczestniczył w tym programie zapytany przez Monikę Olejnik, czy ks. Maliński "niesłusznie się tłumaczy", powiedział, że tłumaczy się niepotrzebnie. Po programie szef IPN powiedział PAP, że księdzem, który udzielał SB informacji na temat Karola Wojtyły, nie jest ks. Mieczysław Maliński. Następnego dnia ks. Maliński tłumaczył się w „Dzienniku Polskim”: W rozmowach z urzędnikami powtarzałem tylko to, co mówiłem w kościele w kazaniach, na wykładach, odczytach, na regularnych spotkaniach ze studentami u św. Anny. (...) W Rabce uczyłem młodzież nie tylko bezpartyjnych, ale i partyjnych. A miałem taką zasadę, że utrzymywałem kontakt z domem moich uczniów. To nie były tylko oficjalne odwiedziny, ale również autentyczne przyjaźnie z partyjnymi. Powtórzył również, że nigdy nie podpisał żadnego dokumentu, nie brał żadnych pieniędzy od SB, ani nie uzyskiwał żadnych profitów.
***
Leon Kieres zajmuje stanowisko, na którym wymagana jest szczególna odpowiedzialność za wypowiadane słowa. Czy serię wypowiedzi, których udzielił szef IPN na temat dokumentów dotyczących kard. Karola Wojtyły można określić tylko jako „niefortunne” lub nieodpowiedzialne? Czy też chodzi w tym przypadku o coś więcej, o rozpętanie burzy medialnej, która ma służyć jakimś innym celom? Na te pytania powinien odpowiedzieć człowiek, który kieruje jedną z najważniejszych instytucji w polskim państwie i zamierza kierować nią nadal. Nie doczekaliśmy się ani sprostowań, ani przeprosin za skandalicznie dwuznaczną pierwszą wypowiedź o „informacjach bolesnych dla Ojca Świętego”. Kolejne wypowiedzi Kieresa powiększały tylko zamęt i stanowiły pretekst do spekulacji. Sposób, w jaki szef IPN wypowiadał się na ten temat był również chwilami niepoważny. Mówił np. „Są tam informacje, które wymagają z mojej strony najwyższej uwagi”, albo: „Westchnąłem. Tyle tylko mogą powiedzieć”.
W całej tej sprawie nie chodzi jednak o osobę Leona Kieresa. Bulwersujące jest przede wszystkim to, że Kieres właśnie teraz i w taki sposób podjął sprawę inwigilacji kard. Karola Wojtyły. Nie chodzi wyłącznie o brak taktu, o to, że minęło niewiele dni od śmierci i pogrzebu Ojca Świętego Jana Pawła II. Chodzi przede wszystkim o to, że to nie Leon Kieres powinien decydować, kiedy i jakie informacje można ujawnić. Decyzja w tej sprawie powinna należeć do samego poszkodowanego bądź kogoś, kto występuje w jego imieniu.
Szef IPN powinien więc odpowiedzieć, dlaczego dopiero teraz – i właśnie teraz – upublicznia się w takim zakresie tę sprawę, choć przecież, jak sam przyznaje, o tych „bolesnych dokumentach” wiedział od czterech lat.
Niepoważne w tym kontekście są jego tłumaczenia, że niedawno otrzymał jakieś kasety i rozpoznał na nich głos jakiejś osoby (są to wyjaśnienia trochę w stylu Wałęsy, który wciąż otrzymuje materiały od esbeków – oczywiście świadczące o jego niewinności).
Osoba, o którą chodzi, jest zbyt ważna, aby można było się zadowolić tak mało wiarygodnie brzmiącymi wyjaśnieniami. Ze sposobu przedstawienia tej sprawy można również odnieść wrażenie, że możemy tu mieć do czynienia z dowolnością w ujawnianiu i przekazywaniu informacji, a to może stanowić podstawę do znacznie poważniejszego zarzutu – do manipulacji.
Witold Starnawski