Czy nadejdzie czas przełomu?



Co czeka nas po wyborach? Dziś trudno powiedzieć, czy PiS, które wygrało wybory, choć nie w oszałamiającym stylu, potrafi zdobyć się na niezależność wobec koalicjanta. A przede wszystkim, czy zdoła wyzwolić państwo z paraliżujących je układów i powiązań, które niekiedy mają wręcz przestępczy charakter, jak pokazała to praca sejmowych komisji śledczych. Budowa IV Rzeczpospolitej jest chwytliwym hasłem, wciąż jednak nie wiadomo, czy rządzącym starczy odwagi, aby podjąć to zadanie - i czy będą umieli dobrać właściwych sojuszników do realizacji tego celu.


Nie jest też do końca jasne, czym jest dla PiS-u „IV Rzeczpospolita”, to znaczy, jak daleko politycy tego ugrupowania chcą reformować państwo – wiadomo przecież, że wciąż działają w nim mocne struktury z PRL-u. Pozostaje więc – bardzo drażliwy i niewygodny – temat dekomunizacji. Kiedy na początku lat 90 podejmowano tę sprawę, opór przeciwników dekomunizacji był tak wielki, że każdy polityk, który odważył się jej dotknąć musiał liczyć się z tym, że zostanie wręcz zmiażdżony przez istniejący establishment. I tak też się stało – pokazała to lustracja z 1992 r. Dziś wiemy, że gwałtowność ówczesnych ataków była spowodowana w wielu przypadkach bezpośrednim lub pośrednim uwikłaniem jej autorów w sieci poprzedniego systemu. I przybierała charakter zorganizowany – pokazują to dwa przykłady: obalenie rządu Jana Olszewskiego i poprzedzająca je narada „nocnej zmiany” oraz sterowana przez ośrodki władzy inwigilacja prawicy.

Pojawiające się w każdym miesiącu afery potwierdzają, że państwo jest chore, podatne na działanie mafii, wymiar sprawiedliwości – skorumpowany, a w gospodarce wcale nie obowiązują prawa „wolnego rynku”. Powstają również nowe zagrożenia, gdyż rozmaite grupy interesów upatrzyły sobie Polskę jako teren łatwych łupów. Przykładem takiej inwazji jest choćby to, co dzieje się na rynku farmaceutycznym. A cóż dopiero, kiedy spojrzy się na obszary „programowo” zaniedbane - takie jak służba zdrowia, czy edukacja. We wszystkich niemal dziedzinach życia społecznego potrzebne są zdecydowane kroki państwa, aby zatrzymać postępujący upadek. A czasu wbrew pozorom nie jest dużo. Nowego państwa nie zbuduje się w ciągu kilku lat. Ale trzeba pamiętać, że istnieje lista problemów ważnych społecznie, które należy rozwiązywać od zaraz – inaczej przy okazji najbliższych wyborów władza wróci w ręce przemalowanych i odnowionych postkomunistów lub doktrynerskich i bezwzględnych liberałów.


Praca – konieczna interwencja państwa


Brak pracy to najbardziej dokuczliwa sprawa dla wszystkich grup społecznych. Dla młodych, bo czują, że wykształcenie i posiadane przez nich umiejętności są mniej ważne niż spryt i darwinowska walka o byt. Dla tych w sile wieku utrata pracy to prawdziwy dramat, zwłaszcza, kiedy mają na utrzymaniu rodzinę, dla starszych – to krok w beznadzieję. Dla wszystkich – czas bez pracy niesie duże zagrożenia – powiększa bierność, zniechęcenie, brak samodyscypliny. Na dłuższą metę tacy ludzie są nie tylko kłopotem dla rodziny, ale i obciążeniem dla społeczeństwa. Ciekawe, że liberałowie, którzy lubią wszystko przeliczać, nie potrafią dostrzec, ile bezrobocie kosztuje. Nie chodzi o wielkość zasiłków, ale o ludzi, którzy tracą aktywność, wiarę w siebie, nie potrafią pomóc ani sobie, ani innym.

Trzeba pożegnać się z mitem, że praca zawsze musi przynosić bezpośredni zysk. Praca nauczyciela czy wychowawcy rzadko w taki sposób jest “opłacalna”. A to znaczy, że opłaca się niekiedy państwu “dokładać” do tworzonych stanowisk pracy, bo ostateczne zyski są większe niż wówczas, gdy sprawy pozostawimy “wolnemu rynkowi”. Ludzie rozumieją, że ciasny ekonomizm jest w efekcie szkodliwy, a państwo ma prawo interweniować w tym przypadku. I nie jest to żaden “socjalizm”. To po prostu próba wprowadzenia w życie zasad katolickiej nauki społecznej, w której pierwszą wartością jest człowiek, a nie “zysk”.

Czy praca ma być dla wszystkich? Nie dla tych, którzy pracować nie chcą. Ale też zasiłki nie powinny być wypłacane „za darmo”. Niemoralne jest otrzymywanie pieniędzy za nic (czym innym jest pomoc społeczna). Należy więc wprowadzać roboty publiczne, zatrudniać ludzi nawet tam, gdzie się to rzekomo “nie opłaca” z ekonomicznego punktu widzenia. „Nie opłaca” się dla ekonomistów, którzy są ślepi na skalę demoralizacji, jaką przynosi społeczeństwu bezrobocie. Ale „opłaca się” z ludzkiego i społecznego punktu widzenia.



Służba zdrowia – czyli zrób to sam


Każdy wie, że trzeba mieć dużo zdrowia, żeby chorować. I dużo wiedzy medycznej oraz przedsiębiorczości. Najlepiej mieć lekarza w rodzinie. Można odnieść wrażenie, że publiczna służba zdrowia służy przede wszystkim do celów biurokratycznych. Do lekarza idzie się, aby otrzymać druk zwolnienia z pracy, przeprowadzić obowiązkowe badania, otrzymać skierowanie do specjalisty. Ten zaś, kto naprawdę chce się wyleczyć, powinien po pierwsze wiedzieć, co mu dolega, jakie badania powinien sobie zrobić i jakie leki wybrać (i warto, by kontrolował lekarza, aby ten zapisał leki właściwe, a nie np. podsuwane przez firmy farmaceutyczne).

Nieszczęściem jest pobyt w szpitalu, kiedy trzeba szukać znajomości, konsultować leczenie, uzupełniać opiekę salowych itp.

Być może konieczne jest zwiększenie składki zdrowotnej. Ale tylko pod warunkiem, że pieniądze trafią rzeczywiście do służby zdrowia, a nie znikną gdzieś po drodze. Do załatwienia jest również sprawa emigracji zarobkowej lekarzy i pielęgniarek (dotyczy to zresztą także innych specjalistów, którzy swoje fachowe wykształcenie otrzymują w polskich szkołach wyższych). Nie może być tak, byśmy eksportowali za darmo wiedzę i umiejętności do bogatych krajów Zachodu. Przecież wykształcenie tych ludzi, to jest inwestycja, która państwo dużo kosztuje. Ten, komu udałoby się rozwiązać problem służby zdrowia zaskarbiłby sobie na długo wdzięczność wyborców.


Praworządność – zero tolerancji


Trudno żyć w kraju, w którym policjanci boją się przestępców, a prokuratorzy i sądy działają tak jakby stosowali podwójna miarę: inną wobec zwykłych obywateli, a inną wobec ludzi władzy. Trudno zaakceptować sytuację, w której obywatela traktuje się jak podejrzanego, a na prawdziwego przestępcę trudno znaleźć paragraf. Wciąż nie ma w Polsce tak odważnego polityka, który przyznałby, że walkę o praworządność należy rozpocząć od wyznaczania zasady “zero tolerancji” w sprawach dużych i małych. Ale żeby ta zasada mogła być skuteczna - aparat władzy i politycy muszą być absolutnie przejrzyści.


Edukacja – groźba biurokracji i indoktrynacji


Polacy przywiązują duża wagę do edukacji, ale nie mogą być pewni, że szkoła da ich dzieciom dobre wykształcenie. Poddawane nieustannym eksperymentom polskie szkolnictwo jest na progu wytrzymałości. Publiczna szkoła jest coraz droższa (dla rodziców), coraz gorsza (dla uczniów) i coraz bardziej uciążliwa (dla nauczycieli). Tym ostatnim zwiększa się wymagania, tylko że nie dotyczą one poprawiania ich kwalifikacji – powodują przede wszystkim niebywały rozrost szkolnej biurokracji. Tworzy się potężną wirtualną machinę biurokratyczną nazywaną “doskonalenie zawodowe”. Organizuje się dziesiątki bezużytecznych szkoleń, na których zarabiają “eksperci”. Nauczyciela rozlicza się nie z tego, jak uczy, ale jak wygląda jego “teczka” – musi więc pisać sprawozdania, gromadzić kilogramy dokumentów. W chaosie przepisów ostatniej reformy nie mogą połapać się nawet urzędnicy oświaty. To jedno oblicze “reformy”. Drugie jest jeszcze groźniejsze. Właściwie nie wiadomo, w jakim kierunku zmierza polskie szkolnictwo. Widać to najlepiej w przypadku przedmiotów “wrażliwych ideologicznie” takich jak historia, język polski, wiedza o społeczeństwie. Ale także filozofia czy etyka. Warto przyjrzeć się bliżej temu, co określa się jako “podstawy programowe” (czyli ogólne wytyczne do konkretnych programów szkolnych). Niewiele mówi się np. o tym, że instytucją, której zlecono przebudowę podstaw programowych kształcenia ogólnego jest Instytut Spraw Publicznych. Jego dyrektorem jest Lena Kolarska-Bobińska, a w radzie nadzorczej są m.in. redaktor naczelny tygodnika „Polityka” Jerzy Baczyński, zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Helena Łuczywo, natomiast w radzie programowej: Włodzimierz Cimoszewicz i Bronisław Geremek.

Nie ulega wątpliwości, że toczy się obecnie walka o polską szkołę. Tyle tylko, że ani politycy prawicy, ani społeczeństwo nie dostrzegają groźby nowej indoktrynacji. Wychowanie i edukacja zostały oddane na pastwę „wolnego rynku”, co w wielu przypadkach oznacza, że znaczące wpływy uzyskują wąskie grupy interesów, bądź ideolodzy liberalni.


Czy wyborcom pozostaje bierność?


W wielu dziedzinach życia społecznego konieczna jest interwencja państwa po to, aby zatrzymać procesy rozkładu, którym nie zapobiegły żadne „mechanizmy rynkowe”. Bo też nie mogły. „Wolny rynek” nie jest żadnym samoczynnym mechanizmem naprawczym tam, gdzie chodzi o tzw. „czynnik ludzki”, a więc o sprawy, których nie sposób przeliczyć na wskaźniki ekonomiczne.

Wartości pracy, zdrowia, poczucia bezpieczeństwa, wychowania i wiedzy nie można pozostawić wyłącznej grze wolnego rynku. Są to przecież wartości „bez ceny”. Wiele osób, które brały aktywny udział w przełomie lat 80. i 90. powtarza – nie o to walczyliśmy. Polska wciąż nie jest normalnym państwem. Czy wreszcie teraz nastąpi czas przełomu? Zależy to nie tylko od polityków.


Jan tarnawa