
![]()
Polska potrzebuje wizjonerskiej a jednocześnie rozważnej dyplomacji
Pobojowisko po czerwonych
Po 4 latach rządów ekip postkomunistycznych Polska jest w gorszym położeniu międzynarodowym - od tego jakie było przed objęciem władzy przez Millera - dużo gorszym, niż można by tego oczekiwać. Na pozór wszystko zdąża we właściwym kierunku, może poza wzrostem zagrożenia terrorystycznego, ale owe dotyczy praktycznie całego współczesnego świata i wymaga rozwiązań globalnych, a nie regionalnych. Tymczasem wokół Polski piętrzą się inne, niezależne od zagrożenia terrorystycznego trudności, które przy odrobinie złej woli ze strony naszych partnerów (a tej pokłady bywają nieprzebrane) mogą przerodzić się w zagrożenia natury egzystencjalnej. Jeżeli nowy rząd centroprawicowy nie zdoła znaleźć antidotum na błędy poprzedników - międzynarodowe bezpieczeństwo Polski stanie pod dużym znakiem zapytania.
Polityka zagraniczna i polityka bezpieczeństwa z samej swej natury jest zjawiskiem złożonym. Jej narzędziami są jak dawniej pozostają armia, gospodarka, relacje dyplomatyczne a także propaganda.
Ale we współczesnym świecie ta najważniejsza płaszczyzna aktywności suwerennego państwa uległa w dodatkowej komplikacji z następujących przyczyn:
- o stabilności strategicznej, a co za tym idzie bezpieczeństwie państwa, w znacznym stopniu decydują „światowe rynki“, czyli wzajemne zależności pomiędzy gospodarkami państw wysokorozwiniętych i rozwijających się, gdzie decydujące znaczenie dla ogółu mają decyzje podejmowane w obrębie kilku wybranych gospodarek (one również nie są w pełni samodzielne i samowystarczające, mają za to największe możliwości narzucania rozwiązań dla siebie korzystnych lub wpływania na poziom bezpieczeństwa innych – na przykład państwa dysponujące bogatymi złożami surowców naturalnych),
- państwa zawierają liczne porozumienia regionalne (Unia Europejska, NAFTA etc.) skutkujące ścisłymi związkami gospodarczo-politycznymi, które trzeba uwzględniać przy podejmowaniu decyzji strategicznych, a jeśli nawet tego się nie czyni, to i tak związki te wpływają na politykę zagraniczną i bezpieczeństwo państwa.
Oba te czynniki trzeba brać pod uwagę przy jednoczesnej świadomości, że mamy na nie nikły lub nawet żaden wpływ. Trochę jak kataklizmy naturalne, których istnienie w rachubach strategicznych należałoby uwzględniać, a których wystąpienia i skutków przewidzieć niepodobna.
W minionych 4 latach międzynarodowe położenie Polski uległo znaczącemu pogorszeniu. Jest to wynik mniej lub bardziej świadomych decyzji dwu ostatnich rządów tworzonych pod przewodnictwem SLD. Negatywne skutki podejmowanych w owym czasie decyzji dadzą o sobie znać w kolejnych 4-5 latach, o ile następcy postkomunistów nie zdołają przy pomocy odpowiednich kontrposunięć zniwelować tych zagrożeń.
Deficyt surowcowy Polski
Zacznijmy do rzeczy najważniejszej – surowców.
Polska jest państwem surowcowo niesuwerennym. Nasze główne bogactwa naturalne to węgiel kamienny i brunatny oraz znaczne, choć rozproszone, zasoby gazu ziemnego. Nawet przy pełnym wykorzystaniu tych zasobów Polska i tak będzie zmuszona importować większą część konsumowanej energii – przede wszystkim ropę naftową oraz gaz. W przypadku gazu korzystając jedynie z rodzimych złóż szybko doprowadzilibyśmy do ich wyczerpania, dramatycznie zmniejszając, w dającej się przewidzieć perspektywie, stabilność strategiczną kraju.
W świecie narasta przekonanie o ograniczonej, z roku na rok coraz mniejszej liczbie surowców naturalnych. Różne rachunki mówią o zapasach, które wystarczą na 25-80 lat względnie stabilnej konsumpcji. Brak precyzji w szacowaniu rezerw surowcowych świata potęguje jedynie uczucie niepokoju.
Strategiczne znacznie surowców dla stabilności państwa
Oceniając perspektywy gospodarcze i bezpieczeństwo państwa bądź regionu świata coraz większą uwagę przywiązuje się do posiadanych złóż surowców oraz istniejących lub projektowanych szlaków ich transportu. Nie dziwi zatem, że najaktywniejsi uczestnicy polityki międzynarodowej starają się jak najszybciej zagwarantować sobie dostęp do wszystkich liczących się zasobów naturalnych świata (stąd aktywność mocarstw globalnych i regionalnych w Azji Centralnej, ostra rywalizacja w rejonie Zatoki Perskiej, czy w Ameryce Południowej, gdzie po latach względnego spokoju do głosu raz jeszcze dochodzą antyamerykańskie reżimy sympatyzujące z Rosją i uzyskujące jej mniej lub bardziej otwarte poparcie).
Państwo, które w tych gigantycznych manewrach o ropę i gaz nie wywalczy sobie w miarę bezpiecznego dostępu do złóż, w kolejnych dziesięcioleciach zacznie być postrzegane jako partner niestabilny, podatny na szantaż, którego gospodarka w każdej chwili może ulec gwałtownemu załamaniu. Kiedy świat dopadną kłopoty wynikające z kurczących się zasobów (a w praktyce już mamy tego pierwsze objawy), państwa pozbawione długofalowych gwarancji w pierwszej kolejności pogrążą się w nieprzewidywalnym w skutkach kryzysie.
Wielu chętnych, mało złóż
Amerykanie, Chińczycy, Rosjanie, Niemcy i wielu, wielu innych wkładają dziś ogromny wysiłek w to, by ich państwa stały się punktami docelowymi dla budowanych w Eurazji rurociągów tłoczących gaz i ropę. Dzieje się tak dlatego, gdyż kontrola nad szlakami tranzytowymi podobnie jak kontrola nad złożami jest jedyną gwarancją stabilności dostaw.
Nie umowy zawierane z dostawcami, ale właśnie fizyczne powiązanie producenta z odbiorcą daję temu ostatniemu pewność, że nikt inny nie ubiegnie go w dostępie do surowców. Oto przyczyna, dla której Amerykanie zbudowali ropociąg Baku-Tbilisi-Ceyhan, Rosjanie od kilkunastu lat mordują i prześladują ludy Kaukazu, a Chińczycy i Amerykanie poprzez pomoc gospodarczą tłoczą miliardy dolarów w środkowo azjatyckie reżimy - mając nadzieję, że zaowocuje to późniejszymi porozumieniami dotyczącymi surowców.
Europa i Chiny są w wyjątkowej sytuacji, gdy idzie o surowce naturalne. Obie gospodarki – chińska i europejska – należą do czołowych konsumentów ropy i gazu, a równocześnie zasoby własne w minimalnym stopniu pokrywają ich zapotrzebowanie. Zapewnienie sobie nowych źródeł zaopatrzenia jest zatem w przypadku Chin i UE gospodarczo-strategiczną koniecznością.
To między innymi dlatego austriackie OMV (główny konkurent Orlenu w Europie środkowej) nabywa prawa do złóż ropy i gazu w basenie Morza Czarnego, rozszerza współpracę z producentami ropy z Ameryki Południowej, czy przymierza się do budowy gazociągu z Iranu. A co w tym czasie robi Polska?
Polskie dogmaty i antystrategie
Aby zachować suwerenność państwową i możliwości długotrwałego rozwoju gospodarczego nasz kraj musi przezwyciężyć negatywne konsekwencje naszej zależności surowcowej. Niemal 15 lat temu określono warunki konieczne do spełnienia, by Polska mogła stać się państwem względnie bezpiecznym i stabilnym (na tyle, na ile możliwym jest to w przypadku kraju zależnego od importu surowców energetycznych). I tak:
powinniśmy możliwie najefektywniej wykorzystać posiadane źródła energii, zapewniając jednocześnie jej w miarę tanie dostawy dla krajowego konsumenta,
w przypadku surowców importowanych Polska musi zapewnić sobie dostawy z kilku (co najmniej dwu, jeszcze lepiej trzech) niezależnych źródeł.
zagwarantować bezpieczeństwo i niezależność od dostawców lokalnego systemu dystrybucji ropy i gazu (tak, by dostawca surowców nie zmonopolizował sieci dystrybucyjnej, co otwierałoby przed nim niebezpiecznie duże możliwości oddziaływania na polską gospodarkę)
Zasady proste, czytelne, nie wymagające szczególnego uzasadniania, a jednak w przypadku polskich decydentów całkowicie niezrozumiałe.
„Niezrozumiałe“, gdyż niemal wszystkie ważne decyzje strategiczne odnośnie źródeł zaopatrzenia polskiej gospodarki w surowce naturalne, zakładów ich przetwarzania i sieci dystrybucji były w minionych 16 latach podejmowane nie w zgodzie, lecz wbrew tym zasadom.
Kilka przykładów.
Prywatyzacja dwu kluczowych rafinerii – gdańskiej i płockiej, dopuszczająca możliwość kapitałowego przejęcia tych firm przez rosyjskich gigantów naftowych będących praktycznie jedynymi stałymi dostawcami ropy do Polski.
Polityczna obstrukcja alternatywnych wobec rosyjskiego dostawcy ropociągów mogących dostarczać do Polski gaz i ropę niezależnie od Moskwy (gazociąg norweski, ropociąg Odessa-Brody-Gdańsk).
Podejmowane próby studialne kosztownego przestawiania polskiej energetyki z węgla kamiennego i brunatnego na importowany gaz z Rosji, co prowadziłoby do rezygnacji z własnych źródeł energii i większego uzależniania naszego sektora energetycznego od zewnętrznego, monopolistycznego dostawcy.
Długofalowa rezygnacja z energetyki jądrowej, mogącej dać Polsce dostęp do tanich, eksploatowanych przez dziesięciolecia źródeł energii.
Prywatyzacja sieci dystrybucji gazu, ropy i energii elektrycznej oznaczająca w praktyce przejmowanie tych sieci przez zagranicznych monopolistów, często będących przedsiębiorstwami państwowymi lub od obcego państwa w pełni zależnymi.
Fatalne posunięcia tandemu Miller-Pol
Minione cztery lata rządów SLD było pod tym względem brzemienne w skutkach. To właśnie „sprawdzona“ ekipa Miller-Pol (Marek Pol, wicepremier w rządzie Millera podpisał teraz i w przeszłości kluczowe aneksy do polsko-rosyjskiej umowy gazowej gwarantujące Rosji monopol dostaw do Polski) anulowała umowę polsko-norweską i uwolniła Rosjan od obowiązku budowy drugiej nitki gazociągu jamalskiego otwierając tym samym przestrzeń porozumieniu Putin-Schroeder o budowie gazociągu bałtyckiego.
Dlaczego gazociąg bałtycki jest tak niekorzystnym rozwiązaniem dla Polski?
Po pierwsze, przesądza on o fiasku projektu podpisanego przez rząd Jerzego Buzka (ta słuszna decyzja nie uwalnia Buzka od odpowiedzialności za fatalną dla Polski politykę energetyczną jego rządu, gdyż za kadencji AWS-UW kontynuowano wszystkie złe praktyki lat poprzednich, a porozumienie z Norwegią podpisano już po wyborczej klęsce AWS, gdy rząd centrowy nie miał żadnych szans realizacji projektu, a promoskiewscy postkomuniści z góry zapowiadali zerwanie tej umowy).
Po drugie, chwiejne bezpieczeństwo energetyczne Polski, odbiorcy gazu i ropy z Rosji, opierało się na założeniu, że Moskwa jednostronnie nie przerwie dostaw surowców do Polski, gdyż przez nasz kraj płynie gaz dla Niemiec. By nie wchodzić w konflikt z potężną gospodarką niemiecką Moskwa będzie się wstrzymywała z surowcowym szantażem wobec Polski (zakładam, że nie trzeba udowadniać tej oczywistości, iż Rosja traktuje surowce jako normalne narzędzie polityki zagranicznej, warto tylko podkreślić, że jest to polityka agresywna, obliczona na podporządkowywanie sobie partnerów zagranicznych, na sterowanie ich gospodarką i zachowaniami).
W sieci niebezpieczeństw
Z chwilą powstania gazociągu bałtyckiego z Rosji do Niemiec, gazociąg jamalski stanie się w rzeczywistości projektem lokalnym, środkowo-europejskim. Od tej chwili, energetyczne bezpieczeństwo Polski zależeć będzie jedynie od dobrej lub złej woli Rosji – a jak pokazuje historia lat ostatnich, ze strony Moskwy liczyć możemy jedynie na wyjątkowo złą wolę.
Rosjanie wyładowują na nas swoje neoimperialne kompleksy, które na razie są przykre lub śmieszne, zależnie od punktu widzenia. Historia Czeczenów i bitych w Moskwie Polaków pokazuje jednak, że jeśli tylko Rosja będzie mogła (a jej celem jest móc) jej zachowanie może być dla nas szalenie niebezpieczne.
Kolejne decyzje postkomunistów dotyczące prywatyzacji sieci dystrybucji surowców, czy brak jakiejkolwiek decyzji (że o działaniu nie wspomnę) w sprawie ropociągu Odessa-Brody-Gdańsk pozwalają postawić następującą tezę: rządy postkomunistyczne w obszarze bezpieczeństwa energetycznego konsekwentnie realizowały cele sprzeczne z polską racją stanu.
Zostawmy na boku pytanie – czemu się tak działo. Na nie odpowiedzieć powinny sejmowe komisje śledcze w nowej kadencji parlamentu oraz podążające z reguły w ślad za komisjami, (dotychczas skorumpowane) organa ścigania.
Nas interesuje jedynie to, w jakim stopniu działania te wpłynęły na ogólną ocenę bieżącej sytuacji Polski na arenie międzynarodowej.
Nieskonsumowany sojusz z Ameryką
Na pierwszy rzut oka nasza pozycja w minionych czterech lata uległa poprawie.
Podejmując odważną i słuszną decyzję o udziale przy boku Stanów Zjednoczonych w interwencji irackiej zacieśniliśmy nasz sojusz z USA, na miarę naszych skromnych możliwości podjęliśmy się współudziału w polityce globalnej, a przede wszystkim stworzyliśmy naszemu wojsku nieocenioną możliwość zdobywania realnych doświadczeń bojowych (osobnym problemem jest, jak ten kapitał bywa marnotrawiony po powrocie kolejnych kontyngentów do kraju).
Ale z drugiej strony udziału w misji irackiej nie ugruntowano dwustronną umową polsko-amerykańską dotyczącą bezpieczeństwa wojskowego oraz koordynacji w polityce zagranicznej na obszarze będącym terenem wspólnego zainteresowania, czyli w regionie Europy środkowej, Bałtyku i Morza Czarnego.
Uzyskano pomoc wojskową do USA, lecz nie taką, jakbyśmy sobie tego życzyli, a przede wszystkim nie zadbano należycie o uwzględnienie Polski w nowych planach dyslokacji amerykańskich baz wojskowych w Europie.
W powszechnym odczuciu Polacy więcej poświęcili, popierając USA przy misji irackiej, niż uzyskali (co nie jest do końca prawdą) i nie sposób uwolnić się od wrażenia, że taka interpretacja naszej współpracy z USA była świadomym zabiegiem postkomunistów (przypomnę kabaretowe zabiegi naszych decydentów wokół sprawy wiz, czy równie nieprzemyślane i nagłaśniane ponad miarę zapowiedzi korzyści materialnych, jakie ma nam przynieść udział w misji irackiej).
Kończąc ten wątek: wzmocniliśmy naszą współpracę z USA i globalną rozpoznawalność Polski, nie ugruntowując tego konkretnymi umowami stabilizującymi nasze bezpieczeństwo, a jednocześnie osłabiając sympatię Polaków do Ameryki, co za tym idzie - przychylność naszego społeczeństwa dla ścisłej współpracy z USA. I to w sytuacji, gdy większość elit politycznych jest zgodna co do tego, iż sojusz z Ameryką i obecność USA w naszym regionie kontynentu jest na razie kluczem do naszego bezpieczeństwa w jego egzystencjalnym wymiarze (tu znowu niech nam stanie przed oczyma Czeczenia czy była Jugosławia).
Mała dygresja. Jeśli ktoś uważa takie ostrzeżenia jak to powyższe za „histeryczne“, niech cofnie się mentalnie o lat 20 i przewidzi rzecz następującą:
– w przeciągu 5 lat Związek Radziecki ulegnie rozpadowi, w Europie środkowej upadną pro-moskiewskie reżimy, Niemcy zostaną pokojowo zjednoczone....
Sen szaleńca? A przecież to tylko rzeczywistość.
Trzeszcząca konstrukcja Unii Europejskiej
Kolejną ważną zmianą minionych 4 lat było przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, postrzeganej jako obszar stabilności i bezpieczeństwa, przynajmniej ekonomicznego. Przyjmijmy, że mniemanie to jest słusznym. Wszystkie atuty „przystąpienia“ jako takiego zostały w znacznej mierze spożytkowane już za rządów ekipy AWS-UW. To wówczas, a konkretnie w trakcie szczytu nicejskiego zapadło rozstrzygnięcie co do naszego członkostwa.
Po 1 maja 2004 większego znaczenia dla długofalowego bezpieczeństwa państwa nabiera kształt i charakter naszego członkostwa w UE, który jest i będzie kształtowane na bieżąco. O ile Unia Europejska jako wspólna przestrzeń gospodarczo-społeczna okaże się trwałą w obliczu nasilających się tendencji odśrodkowych.
Obecnie obserwujemy z jednej strony renacjonalizację polityk zagranicznych w Niemczech i Francji. Pomimo, iż oba rządy kontynuują nieco już rytualną współpracę w dziedzinie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, to dające o sobie znać tendencje mogą niebawem doprowadzić do rozpadu francusko-niemieckiego tandemu. I trudno się temu dziwić, gdyż po poszerzeniu UE jest on nieskuteczny politycznie, a przede wszystkim oba państwa trapią głębokie problemy społeczno-gospodarcze.
Po drugie, na rozpad tradycyjnego centrum decyzyjnego Unii nakłada się coraz ostrzejsza rywalizacja między konstytutywnym dla UE modelem państwa socjalno-etatystycznego a modelem liberalno-indywidualistycznym promowanym przez Wielką Brytanię.
Dwa modele i nasz bezruch
Anglia dzięki swoim sukcesom gospodarczym i politycznym stała się ważnym centrum wzorcotwórczym dla Europy, a równocześnie brytyjski liberalizm w wykonaniu Partii Pracy Tony'ego Blaira nie oznacza bynajmniej rezygnacji ze zdobyczy państwa socjalnego. To dlatego model brytyjski staje się realnym wyzwanie dla euro-biurokratów (po niepowodzeniu Traktatu Konstytucyjnego UE Komisja Europejska po raz pierwszy z własnej inicjatywy postanowiła zaniechać prac nad opasłym pakietem absurdalnych dyrektyw, choć tamtejsza biurokracja przywykła już to tego, że absurdalne dyrektywy są sensem jej funkcjonowania).
Wszystkie te wewnatrz-wspólnotowe ruchy tektoniczne mogą doprowadzić do dwu przełomów: rozpadu UE - na przykład poprzez wdrożenie idei „Unii wielu prędkości“ albo do wytworzenia się nowego centrum decyzyjnego Unii (na przykład odrzucona przez Niemców propozycja Nicolasa Sarkozyego, by strategiczne kierunki rozwoju UE wyznaczało 6 państw: Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Włochy, Hiszpania i Polska).
Polscy postkomuniści zachowywali się całkowicie biernie, a nawet udzielali w minionych 4 latach poparcia rozwiązaniom zwiększającym wpływy niemiecko-francuskie w Unii – jak Traktat Konstytucyjny UE. Ponieśli przy tym, na szczęście, całkowitą porażkę.
Miller, pomimo ostentacyjnej przymilności wobec socjalistycznego kanclerza Niemiec, nie zrobił nic, by przekonać Berlin do idei Sarkozy'ego. SLD kierując się kryteriami ideologicznymi wiernie wspierało pomysły reform UE promowane przez niemieckich socjalistów, choć dla nikogo nie było tajemnicą, że SPD uprawia agresywną politykę nacjonalistyczną.
Między Niemcami a Rosją
Tu dochodzimy do sedna naszej pozycji międzynarodowej. Wielkość i położenie Polski w centrum Europy pomiędzy dwoma potęgami regionalnymi: Niemcami i Rosją – sprawia, iż zachowanie obu naszych sąsiadów w stopniu decydującym wpływa na nasze bezpieczeństwo. Jeśli uważamy, że sojusz z USA ma dla nas znaczenie egzystencjalne - to dlatego, iż jedynie ponadprzeciętnie potężny sojusznik może zniechęcić naszych sąsiadów do nierozważnych posunięć. A takich, na razie, wykluczyć nie można.
Na tym tle bardzo niepokojące są dwa równoległe i zazębiające się zjawiska. Polityczna i mentalnościowa zmiana w Niemczech, oraz świadomy neoimperializm Rosji.
Nieco paradoksalnym jest fakt, że właśnie z chwilą popadnięcia w głęboki kryzys wewnętrzny Niemcy uaktywniają się na arenie międzynarodowej po wielu latach wymuszonej nieobecności - i to od razu zgłaszając pretensje do pierwszoplanowej roli. Odreagowywanie przez Berlin własnych problemów poprzez aktywność międzynarodową zawsze niosło ze sobą kłopoty dla Polski.
Jakby tego było mało, swą „pro-pokojową“ aktywność na arenie międzynarodowej Berlin chce ugruntować zmianą ocen przeszłości. Idea „Centrum przeciw Wypędzeniom“, dopuszczanie do publicznej debaty spychanych dotąd na margines środowisk rewanżystowskich, próby agresywnie nacjonalistycznej interpretacji przeszłości – wszystko to ma służyć uwolnieniu Niemców od brzemienia „głównego winowajcy“ II wojny światowej. Problem polega na tym, że moralne odrodzenie Niemców odbywa się kosztem Polaków, na razie w warstwie historycznej, ale czy to będzie koniec?
A z drugiej strony – Rosja Putina: państwo nacisków gospodarczych (drastyczne ograniczenie swobody handlu polskim eksporterom żywności tuż po akcesji do UE jako kara za odmowę poparcia Kremla w jego staraniach o ruch bezwizowy między Rosją a obwodem królewieckim), państwo szantażu (przerwanie dostaw gazu rurociagiem jamalskim bez ostrzeżenia Polski - podczas gdy ostrzeżono o tym fakcie odbiorców niemieckich – ci ostatni nota bene również Polaków nie ostrzegli), wreszcie bicie polskich dyplomatów i łajanie nas w oficjalnych wystąpieniach. Rosja azjatycka i nieobliczalna, bezpieczna wyłącznie swoją słabością.
Postawy obu partnerów wobec Polski, i ich ostentacyjna współpraca ponad naszymi głowami, nie może być lekceważona. Szczególnie, że długofalowe konsekwencje tej współpracy z pewnością nie podnoszą naszego bezpieczeństwa.
Zachowanie i dyplomatyczna praktyka postkomunistów jedynie pogłębiły kryzys, do którego i tak świadomie zdążali obaj nasi sąsiedzi.
Plan minimum
Po zaniechaniach i szkodliwych posunięciach ekipy SLD (w szczególności za czasów ministerialnej kariery Włodzimierza Cimoszewicza) nowy rząd nie ma łatwego zadania. Tu nie wystarczy poprawna dyplomacja. Tu jest potrzebna dyplomacja ofensywna i przebiegła, która pozwoli Polsce zdyskontować niekorzystne posunięcia najważniejszych partnerów na arenie międzynarodowej. Przy czym nie możemy sobie pozwalać na zachowania widowiskowe, za to nie przynoszące jednoznacznie korzystnych dla kraju rozstrzygnięć.
Skoro sojusz z USA ma kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa Polski, to obowiązkiem polskiego rządu jest zawarcie z Waszyngtonem umowy dwustronnej, który nada temu sojuszowi nowy wymiar niezależnie od naszego członkostwa w NATO.
W Unii Europejskiej Polska nie może zgodzić się, by jej interesy reprezentował Berlin – jak marzy się to niemieckim chadekom, a czemu przyklaskują politycy PO. Naszym celem musi być przynajmniej realizacja wizji Sarkozy'ego – sześcio-podmiotowe centrum decyzyjne z udziałem Polski.
I wreszcie rzecz najważniejsza: w sprawie bezpieczeństwa energetycznego kraju słowa muszą przejść w czyny. Zakończenie sukcesem projektu Odessa-Brody-Gdańsk oraz włączenie się PGNiG (które bezwzględnie powinno pozostać w rękach państwa) w jeden z ogólno-europejskich projektów mających dać Unii zaopatrzenie w gaz nie-rosyjski – to plan minimum.
Jeśli nowy rząd okaże się dobrym i skutecznym, być może będzie miał więcej niż 4 lata na realizację swojej wizji państwa. Ale i wówczas nie można wykluczyć porażki wyborczej. Zatem - czego nie uda się załatwić w pierwszych dwu latach, tego prawdopodobnie zupełnie się nie zrealizuje. Najbliższe miesiące przesądzą zatem o powodzeniu gabinetu PiS. Po wyczynach SLD na forum międzynarodowym może być to także rozstrzygnięcie w sprawie bezpieczeństwa i suwerenności naszego państwa. Oby pozytywne.
Artur Rojek