Decyzje TK oznaczają zniszczenie kruchego kompromisu, na którym opierało się dotychczasowe ustawodawstwo lustracyjne w Polsce

Trybunał Konstytucyjny, czyli koniec lustracji?



Ostatnie rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego w kwestii ustawy o IPN wywołało falę sprzecznych interpretacji i ocen. W mediach podkreślano, że orzeczenie to „otworzyło archiwa IPN”, „umożliwiło wszystkim wgląd w ich akta”, „zlikwidowało uznaniowość Instytutu”, „zakończyło proces rozpoczęty żądaniem jawności akt SB” itp.


Niektórzy nawet sądzą, że skutkiem tego orzeczenia będzie publikacja akt b. SB na stronach internetowych Instytutu, jak ma to miejsce w Słowacji czy w Czechach.


Co orzekł Trybunał


Podnoszono także, że orzeczenie umożliwiło wgląd w słynny „zbiór zastrzeżony”, czyli w akta, o których nawet istnieniu nie wolno informować nikogo poza szefami służb specjalnych i upoważnionych przez nich osób. Z drugiej zaś strony podnosi się, że orzeczenie to likwiduje de facto status pokrzywdzonego, uprzywilejowuje byłych esbeków, podważa cała konstrukcję lustracyjną obowiązującą w Polsce, zamyka archiwa przed opinią publiczną likwidując dostęp prasy do dokumentów. Żaden z tych sądów nie jest w całości prawdziwy i wszystkie zawierają elementy prawdy. W tym tekście ustosunkuję się jedynie do tej części orzeczenia TK, która wydaje się nie ulegać wątpliwości - pozostawiając na boku kwestie niejasne, przynajmniej do czasu wydanie orzeczenia pisemnego. Na razie bowiem znamy jedynie orzeczenie ustne i ostateczna analiza możliwa będzie po sformułowaniu przez Trybunał stanowiska na piśmie. W orzeczeniu ustnym zawarto zresztą dwa różnej wagi stanowiska. Z jednej strony Trybunał wypowiedział się co do zgodności z Konstytucją poszczególnych artykułów ustawy o IPN (art. 30 ust. 1, art.31 ust. 1 i 2, art. 33 ust.1 oraz art. 35 ust.2) i ta część orzeczenia jest całkowicie jasna. TK zakwestionował te artykuły ustawy, które różnicowały prawo dostępu do akt w zależności od tego, czy dana osoba była pokrzywdzoną (czyli inwigilowaną przez służby czy też była funkcjonariuszem lub tajnym współpracownikiem. Obecnie dostęp do akt będą mieli i jedni i drudzy na tych samych zasadach. Z drugiej zaś strony Trybunał sformułował rodzaj zalecenia czy też interpretacji m.in. co do sposobu ustalania przez IPN statusu pokrzywdzonego. Z komunikatu prasowego wynika, że TK odrzucił próby ograniczenia dostępu do akt przez dziennikarzy, ograniczenia, lub likwidacji zbioru zastrzeżonego oraz nadania rozstrzygnięciom IPN co do statusu pokrzywdzonego charakteru decyzji administracyjnej. Musimy więc poczekać czy to „zalecenie” znajdzie się także w orzeczeniu pisemnym, a następnie trzeba będzie ustalić, jaki jest status prawny takiego aktu. Można bowiem twierdzić, że gdyby Trybunał uznał, iż jego „zalecenie” czy też „interpretacja” powinny mieć status orzeczenia, to sformułowałby go w sposób właściwy, czyli przez wskazanie odpowiedniego przepisu ustawy. Tak się jednak nie stało.


Czy IPN ma być sądem?


O jednej kwestii zawartej w ustnym orzeczeniu trzeba jednak wspomnieć. Trybunał orzekł, iż ustalając status pokrzywdzonego Instytut powinien kierować się wykładnią obowiązującą dla sądu lustracyjnego. Ta decyzja, gdyby została potwierdzona w stanowisku pisemnym i uzyskała rangę orzeczenia Trybunału, miałaby olbrzymie konsekwencje dla funkcjonowania IPN i całej procedury lustracyjnej w Polsce. Sąd lustracyjny kierując się bowiem wykładnią Sądu Najwyższego uznaje, że tajnym współpracownikiem jest tylko taka osoba, która wyraziła zgodę na tajną współpracę z „ogniwami operacyjnymi SB” a także współpracę tę efektywnie podjęła zdobywając informacje uznane za przydatne przez komunistyczne służby specjalne. Tak sformułowana definicja sprawiła, że sąd uznał np. za prawdziwe oświadczenie lustracyjne polityka, który podpisał zgodę na współpracę, systematycznie donosił na swoich znajomych i inne wskazane przez SB osoby, ale donosy te oceniono jako mało istotne. Kwestia jest jednak dużo poważniejsza, niż wątpliwości podnoszone w procesie lustracyjnym. Rzecz w tym, że Instytut Pamięci Narodowej nie ustala statusu pokrzywdzonego w trybie sądowym, lecz poprzez stwierdzenie faktu odnotowania danej osoby przez służby specjalne jako tajnego współpracownika. Każdy, kto jako taki jest odnotowany, nie może uzyskać statusu pokrzywdzonego. Jest to jedyne słuszne stanowisko zdejmujące z pracowników Instytutu konieczność dokonywania subiektywnej oceny materiału zebranego na temat danej osoby przez SB. I rzeczywiście Instytut nie posiada narzędzi umożliwiających dokonanie takiej oceny. Czyniąc to, zamieniłby się w organ parasądowy wydający orzeczenia, do których nie jest w żaden sposób przygotowany. Dlatego też IPN nie orzeka czy dana osoba była - czy też nie była, tajnym współpracownikiem a zaświadcza jedynie, czy była - czy też nie, osobą pokrzywdzoną, przy czym fakt odnotowania kogoś jako tw (lub kategorii równorzędnej) oznacza, że nie otrzyma statusu pokrzywdzonego.

Nie otrzymują także statusu pokrzywdzonego na przykład te osoby, których teczki zniszczono, nie zdołano odnaleźć, lub są przez IPN nieujawniane z innych przyczyn, choć w rzeczywistości osoby te były w związku ze swoją działalnością inwigilowane, prześladowane, wzywane na przesłuchania i zastraszane, a nigdy na współpracę z SB się nie zgodziły.


Jak to robią inni


Ta procedura wydaje się jasna i zrozumiała tak dalece, że w innych krajach byłego obozu komunistycznego stosowana jest jako procedura wystarczająca do orzeczenia o współpracy, lub jej braku. I rzeczywiście, wszyscy, którzy zetknęli się z archiwami wiedzą, że nieznane są wypadki bezzasadnego zapisania kogoś jako tajnego współpracownika. Tak więc zarówno w Niemczech, Czechach jak i na Słowacji czy w Bułgarii i Rumunii - fakt znalezienie się w spisie agentów bezpieki potwierdzony taką właśnie informacją obecnych dysponentów archiwów (czasem jest to wyodrębniony organ jak w Niemczech, czasem Minister Spraw Wewnętrznych jak w Czechach) stanowi wystarczającą przesłankę do uznania kogoś za agenta. Oczywiście każdy ma prawo odwołać się od tego orzeczenia do sądu, który może zakwestionować prawdziwość takiego zapisu. Dominuje jednak domniemanie prawdziwości zapisów archiwalnych, a odpowiedni urząd jedynie potwierdza ten fakt w trybie administracyjnym. I właśnie dlatego, że stwierdzenie agenturalności lub jej braku ma charakter decyzji administracyjnej potwierdzającej jedynie istnienie zapisów archiwalnych, dostęp do tych archiwów ma tam każdy, w tym także dawni agenci.


System lustracyjny


W Polsce sytuacja jest inna. Tryb quasi administracyjny został zrealizowany tylko raz, podczas wykonywania uchwały lustracyjnej w 1992 r. zgodnie zresztą z uchwałą sejmu i zasadami, jakie panują w pozostałych krajach b. bloku sowieckiego. Reakcja antylustracyjna, która zapanowała w następnych latach zaowocowała rodzajem kompromisu. Polski system lustracyjny ostatecznie składa się z trzech ustaw wzajemnie się uzupełniających: ustawy o dostępie do stanowisk, ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej i ustawy o ochronie informacji niejawnych. Tylko ta pierwsza zawiera sankcje prawne w postaci wyłączenia danej osoby z możliwości pełnienia najwyższych stanowisk. Tu jednak konieczna jest uwaga, którą szczególnie należy dedykować Trybunałowi Konstytucyjnemu, a zwłaszcza sędziemu sprawozdawcy Jerzemu Stępniowi – ustawa lustracyjna nie orzeka o tym czy ktoś był, czy też nie był, tajnym współpracownikiem. Nie to jest przedmiotem przewodu sądowego wbrew temu, co wyobraża sobie pan sędzia Stępień. Przedmiotem przewodu jest ustalenie zgodności z prawdą oświadczeń składanych przez zobowiązane do tego osoby, które stwierdzają czy były, czy też nie, tajnymi współpracownikami komunistycznych służb specjalnych. „Karany” jest jedynie fakt złożenia fałszywego oświadczenia, a nie fakt bycia w przeszłości agentem czy funkcjonariuszem tych służb.


Furtka dla agentów


Na skutek takiej właśnie konstrukcji szereg osób, które wyraziły zgodę na współpracę i ją podjęły, może udowadniać, że czyniły to nieświadomie, pod przymusem, nie wiedziały, że organ, z którym współpracują był częścią struktury agenturalnej (tak broni się np. Józef Oleksy) itd. Takie są skutki konstrukcji, w której karany nie jest fakt współpracy, a jedynie złożenie fałszywego oświadczenia. Rozstrzygające w tej kwestii są zapisy art. 1 i art. 17, zwłaszcza 17db ustawy. Oczywiście wszyscy są świadomi, że taka konstrukcja w istocie chroni agentów, i orzeczenia sądu lustracyjnego nie mogą być miarodajne ani w wymiarze moralnym, ani w kwestiach związanych z bezpieczeństwem państwa. Orzeczenia sądu rozstrzygają jedynie o dopuszczeniu lub wykluczeniu z elity politycznej i dlatego właśnie kryteria sformułowane są tak, by agenturę chronić. Ale też z tego samego powodu zasady, jakimi rządzą się dwie pozostałe ustawy rozstrzygające o kwestiach bezpieczeństwa państwa (ustawa o dostępie do informacji niejawnych) i o statusie moralnym działań danej osoby (ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej) oparte są na stwierdzeniu faktu istnienia w archiwach wiarygodnych zapisów co do faktu agenturalności danej osoby. Dlatego właśnie IPN nie nadaje statusu pokrzywdzonego komuś, kto odnotowany jest jako tajny współpracownik w archiwach, i dlatego w procedurze dopuszczania do tajemnicy państwowej sprawdza się oświadczenie danej osoby poprzez konfrontację z zapisem w archiwach.


Zerwany kompromis


Kompromis, jaki zawarto w 1998 r., gdy AWS uchwalał to ustawodawstwo, polegał więc po pierwsze na tym, że kwestię dopuszczenia do elity politycznej pozostawiono sądom, i nader liberalnym oraz subiektywnym kryteriom przyjętym w ustawie lustracyjnej, ale za to sprawy związane z bezpieczeństwem państwa i oceną moralną orzeka się po prostu poprzez stwierdzenie faktów. Jest jeszcze drugi wymiar tego kompromisu. Polega on na tym, że inny status mają osoby pokrzywdzone, a inny ich prześladowcy bez względu na to czy byli to esbecy, czy też ich agenci. Z moralnego punktu widzenia jest to oczywiste i słuszne. Jest to też konieczne z punktu widzenia sądowego trybu orzekania o dopuszczaniu do elity politycznej, czyli realizacji ustawy lustracyjnej. Byli agenci i funkcjonariusze nie powinni mieć dostępu do własnych akt, jeśli ich oświadczenia lustracyjne mają być wiarygodne, a ich prawdziwość ma być skutecznie weryfikowana przez sąd. W przeciwnym bowiem razie wystarczy, że sprawdzą oni w archiwum IPN, co jest na ich temat i złożą oświadczenie w zależności od zawartości zachowanych archiwów. Ponieważ zaś wiele z nich zniszczono, a sąd orzeka na podstawie tych właśnie archiwów to droga do bezkarności lustracyjnej zostaje otwarta. Przypomnijmy bowiem, że oświadczenie o agenturalności uwalnia od negatywnych konsekwencji, te związane są jedynie z kłamstwem lustracyjnym. Dopuszczenie agentów do archiwów otwiera jednym drogę do bezkarnego kłamstwa (tym, którzy upewnią się, że ich akta zostały skutecznie zniszczone) a innym do bezkarnego przyznania się do współpracy. Tym samym wzrośnie liczba niewykrytych kłamców lustracyjnych i bezkarnych agentów na szczytach władzy.


IPN w rękach agentury


Takie właśnie będą konsekwencje orzeczenia przez Trybunał Konstytucyjny niezgodności art. 31 ust.2 w związku z art. 6 ust. 2 i 3, 35 ust.2 z Konstytucją. Skutki tych rozstrzygnięć są podwójne. Po pierwsze, funkcjonariusze i agenci będą mieli dostęp do akt na równi z osobami przez nich prześladowanymi, a ponieważ będą też mogli załączać swoje do akt sprostowania i uwagi, więc można rzec, że będą mogli kontynuować swoją działalność wymierzoną w dobre imię osób prześladowanych, a także będą mogli skutecznie bronić siebie nawzajem. Łatwo przecież, znając dotychczasową praktykę obrony przez esbeków swoich agentów przed sądem lustracyjnym, wyobrazić sobie jak będą wyglądały ich „dopiski” i „sprostowania” dołączane do akt. A wobec braku czy wybiórczości tych akt, często te właśnie dopiski będą głównymi świadectwami o danych osobach. Wydaje się zresztą, że Trybunał Konstytucyjny tak jak nie zdawał sobie sprawy ze złożoności polskiego ustawodawstwa lustracyjnego i wzajemnego uwarunkowania poszczególnych ustaw, nie znał też dokładnie ustawy o IPN. W dotychczasowym kształcie dawała ona bowiem możliwość funkcjonariuszom i agentom uzyskiwanie informacji o zachowanych aktach na swój temat, ale bez wglądu w te akta i bez możliwości ich uzupełniania i korygowania. Przesądzał o tym zakwestionowany obecnie art. 35 ust. 2 ustawy. Znając swoje akta esbecy będą mogli składać bezkarnie fałszywe oświadczenia (także wobec ustawy o dostępie do informacji niejawnych!) albo też równie bezkarnie przyznawać się do swej esbeckiej przeszłości.


Kraj bez agentów


Oznacza to, że swoją decyzją Trybunał Konstytucyjny uczynił ustawę lustracyjną (a w dużej mierze także ustawę o dostępie do informacji niejawnych!) pozbawioną wszelkiego znaczenia. Ale jest też skutek drugi – Trybunał w istocie zakwestionował definicję osoby pokrzywdzonej zrównując w prawach agentów i ich ofiary - pozostawiając z niej jedynie stwierdzenie, że jest to osoba „na temat której zbierane były celowo dane przez służby specjalne, w tym tajnie”. Każdy, kto wie cokolwiek na temat komunistycznego systemu totalitarnego zdaje sobie sprawę, że służby specjalne zbierały celowo i tajnie informacje na temat wszystkich, najwyższych władz i ludzi samych służb nie wykluczając. W ten sposób doprowadzono do absurdu definicję pokrzywdzonego a Trybunał stanął de facto na stanowisku tych polityków komunistycznych i usłużnych publicystów, którzy od dawna już udowadniali, że w systemie komunistycznym wszyscy byli prześladowani i wszyscy byli prześladowcami i nie sposób odróżnić winnych od niewinnych. Czy przyznawanie statusu pokrzywdzonego ma w tej sytuacji jeszcze sens? Raczej nie.


Co robić?


Nie ulega wątpliwości, że cały dotychczasowy system lustracyjny został przez Trybunał Konstytucyjny rozbity a kruchy kompromis zniszczony. Rozwiązania mogą pójść w dwu kierunkach. Albo większość w Sejmie uzyska opcja agenturalna i zakwestionowane przepisy zostaną wykreślone bez żadnych dodatkowych zabezpieczeń. Skutki będą wówczas takie, jak opisałem wyżej, a dawny aparat bezpieki uczyni z IPN-u dodatkowe narzędzie represji wobec dawniej prześladowanych. Ustawa lustracyjna będzie zupełną karykaturą, a ustawa o tajemnicy państwowej przestanie spełniać swoją funkcję odsiewania agentury od ludzi wiarygodnych. Alternatywą jest całkowite przemodelowania polskiego ustawodawstwa lustracyjnego na kształt rozwiązań niemieckich lub czeskich. A wówczas należy uznać fakt pracy lub współpracy ze służbami komunistycznymi za działanie wyłączające z możliwości pełnienia jakichkolwiek funkcji publicznych. Najlepiej sięgnąć do rozwiązań niemieckich, gdzie wykluczenie odnosi się do wszystkich urzędów państwowych łącznie oczywiście z samorządowymi i ze spółkami skarbu państwa. W Niemczech lustracji podlegają także władze partii politycznych, co niewątpliwie przydałoby się w Polsce. Po drugie, fakt agenturalności powinien być stwierdzany w trybie przekazywania przez Instytut informacji o istnieniu stosownych zapisów. Sąd lustracyjny w obecnej postaci, w tym także oświadczenia lustracyjne, tracą rację bytu. Tryb sądowy musi oczywiście pozostać otwarty dla wszystkich, którzy prawdziwość danych zawartych w archiwach kwestionują. Prawomocne orzeczenia sądu miałyby wówczas moc rozstrzygającą. I wreszcie po trzecie – wszystkie archiwa, a zwłaszcza spisy funkcjonariuszy i ich agentury muszą być jawne i publicznie dostępne poprzez ich opublikowanie na stronach internetowych IPN. Nie wiem czy takie rozwiązania zostaną przyjęte przez obecny Sejm. Rzeczywisty układ polityczny dalece odbiega od deklaracji wyborczych, a znając siłę mediów i lobby agenturalnego należy się obawiać, że skuteczna nowelizacja ustawy lustracyjnej będzie bardzo trudna. Alternatywą jest powstanie stanu prawnego podważającego bezpieczeństwo państwa i poczucie sprawiedliwości społecznej i historycznej. Jest więc orzeczenie TK świadomym ciosem wymierzonym w intencje odnowy moralnej i politycznej państwa polskiego. Charakterystyczne, że uczyniono to w ostatnim momencie działania Trybunału w obecnym składzie, już bowiem w styczniu nastąpi wymiana 7-miu jego członków. Być może ze zmianą ustawodawstwa należy poczekać do tego czasu.


Antoni Macierewicz